Nasza Mira. Osoba, która kocha morze bezgranicznie…

„To nie człowiek wybiera morze, to morze wybiera człowieka”  Zostałam zaproszona na pokład „Starej Rzeźni”. Z „kapitanem” Laurą Hołowacz odbyłam parę symbolicznych „rejsów”, kiedy przyjechałam do Szczecina, aby przygotowywać finał zlotu żaglowców „The Tall Ships Races Szczecin 2007”. To był mój powrót do miasta urodzin, choć rodziny – ze strony Taty i Mamy, budowały Polskę Niepodległą i Morską na wschodnim wybrzeżu. Muszę więc zacząć od początku rodzinnej historii.

„Tak daleko jak ty widzisz…” „Jest taka opowieść na Półwyspie Helskim. Dziewczyna z Gdyni, czyli z lądu, miała wyjść za rybaka z Jastarni. Przyjechała więc, aby sprawdzić z czego będą żyli. Zaprowadził ją nad zatokę i powiedział: Tak daleko jak ty widzisz – to jest wszystko moje. Potem zaprowadził ją nad morze: I tu przypatrz. Tak daleko jak ty widzisz – to też wszystko moje…”

Dziedzictwo Miałam dwóch dziadków Franciszków: wielkopolskiego i amerykańskiego. Pierwszy dziadek był kowalem w Śremie i tego zawodu wyuczył czterech synów (wobec siedmiu córek nie miał żadnych ambicji). Ale mój Tato marzył o morzu i lataniu, więc wylądował w Morskim Dywizjonie Lotniczym w Pucku.

Drugi dziadek wyjechał do Ameryki „za chlebem”. Kiedy okazało się, że Polska jest wolna, spakował piątkę dzieci, żonę w ciąży i zarządził powrót do kraju – statkiem z Nowego Jorku do Gdańska i dalej pociągiem do Gdyni. Ale ponieważ budującą się Gdynię – był rok 1924, skomentował jako „taką wioskę”, pojechali dalej. Z tego „dalej” obstawiał konie na Służewcu, a kiedy pochłonęły młyn i kawałek gospodarstwa, zarządził powrót do Gdyni. W ten sposób zostali gdynianami. A Gdynia była już wówczas „Ameryką”. Gdynia międzywojenna tworzyła swoją historię w tempie postępu geometrycznego. Także moja Mama i jej bracia, wspólnie z miastem, pisali własne CV. Byli młodzi, przystojni i mieli pieniądze, co wtedy znaczyło – pracę. Rodzinie żyło się więc nieźle, a moi pływający wujkowie: Józek na SS „Polonia”, Wincenty na MS „Chrobry, pozwalali na utrzymywanie stylu życia, o który szczególnie zabiegał dziadek. Był dumny ze swoich synów – w wolnych
chwilach boksujących i kopiących piłkę w KS „Union” Gdynia oraz córki, która po pracy w domu towarowym, żeglowała, udzielała się w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, a wieczorem w szkołach tańca i na parkietach nocnych lokali. Latem miejscem spotkań była oczywiście gdyńska plaża i wzgórza morenowe. Tam właśnie, na jednej z rowerowych wycieczek, Tato oświadczył się Mamie – wcześniej sprzedała mu ten rower w swoim domu towarowym. Lata narzeczeństwa i beztroskiej młodości zakończył wrzesień 1939 roku. Tato nie zdążył wylecieć z Pucka, został obrońcą Helu i swoją wojnę zakończył 2 października, a potem w obozie jenieckim. Rodzina Mamy, wraz z innymi mieszkańcami Gdyni, została wysiedlona z miasta. Dwaj bracia, przebywający na statkach, przedostali się do Ameryki – wujek Wincenty ze zbombardowanego „Chrobrego” najpierw do RAF w Szkocji, a później do Air Force US, gdzie z polskiego marynarza zrobiono amerykańskiego lotnika Vincenta Wandetowskiego, a za loty na Bremę odznaczono. Wujkom pomogły amerykańskie paszporty, tak jak i kolejnemu bratu, którego wydostano ze Stutthofu. Dziadek Wądołowski znalazł swoje miejsce w zbiorowej mogile obrońców Gdyni.

Kiedy po wojnie Tato wrócił z niewoli wiedział, że – z powodów ideologicznych, nie będzie mógł latać ani w wojsku, ani w cywilu. Ale oświadczył, że marynarskiego munduru nie odda. Miał zbyt niski stopień, by urządzić mu proces jak „trzem komandorom” – dzięki temu przeżył. Wysłano go, wraz z żoną, na Wolin, gdzie , w karnej jednostce, stworzył bazę samochodową i wyremontował zdobycz wojenną czyli motocykl Harley, który stał się jego dumą. Mijały lata, a Rodzicom jakoś słabo wychodziło powiększanie rodziny. Wreszcie się urodziłam – w Szczecinie, bo tam zawieziono Mamę z Dziwnowa, a ona natychmiast autorytarnie zmieniła domowe priorytety: sprzedała Harley’a i kupiła mi wózek koszykowy. Tato nigdy tego nie skomentował. W końcu, przez Wolin i Hel, wróciliśmy, do Gdyni, a ja w końcu zamieszkałam w Helu – początku Polski. Tak więc morze było w moim domu od zawsze. Nie poznałam moich dziadków Franciszków. Ale myślę, że mam w sobie solidność dziadka wielkopolskiego i fantazję dziadka amerykańskiego. Z domu Rodziców wyniosłam przekonanie, że warto spoglądać w horyzont. A z własnego życia, że tak daleko jak potrafię spojrzeć w drugiego człowieka i siebie – to wszystko moje…Dlatego denerwuję się gdy widzę – drugi brzeg. A swoją drogą – gdybym miała kamienicę w Gdyni, którą na koniach przegrał dziadek amerykański i Harley’a, którego za wózek koszykowy sprzedała Mama, to czy byłabym do dziś „starą panną”?

 

Mira Urbaniak

Jestem…

żeglarzem, dziennikarzem, polarnikiem.

Za najważniejsze w życiu uważam zachowanie wolności i niezależności zawodowej oraz osobistej. Człowiekowi umożliwia to system wartości, dziennikarzowi – profesjonalizm. Dziennikarskim fartem był – jedyny w Polsce, radiowy wywiad z Julio Cortazarem. Osiągnięciami – rejsy żaglowcami: „Dar Młodzieży”, „Zawisza Czarny”, ORP „Iskra”,

STS „Fryderyk Chopin”, wyprawy polarne na Spitsbergen i do Antarktyki, a przede wszystkim  – opłynięcie Przylądka Horn.

Jako Redaktor Naczelny Radia Gdańsk stworzyłam dobowy programu rozgłośni;

morzem zajmowałam się także w telewizji publicznej i prywatnej, magazynie morskim „Rejs”, stałym felietonie „Za sterem” w „Gazecie Kołobrzeskiej”, a obecnie na wideoblogu „Mira na wachcie”

Moi wychowankowie pracują w mediach oraz żeglują po morzach i oceanach.

W Gdyni i Szczecinie przygotowywałam zloty żaglowców; cieszę się, że rozpoznają mnie ich kapitanowie.

Hobby: morze, mężczyźni, żaglowce.

ZDJĘCIE PROFILOWE: Wiesław Seidler