Prezentacje: DANUTA KOBYLIŃSKA – WALAS OPOWIEŚĆ O PANI KAPITAN

Pierwsza i przez długie lata jedyna Polka, która dowodziła statkami. Ponad trzydzieści lat spędziła na morzu, przez siedemnaście dowodziła statkami. To ona utorowała dziewczętom drogę do szkół morskich a potem na statki.

W dekadach lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była znana na całym świecie. Wzbudzała podziw i sensację. W Singapurze dostała 500 orchidei, w Nowym Orleanie symboliczne klucze do miasta. Na Kubie oddano na jej cześć honorowy salut armatni. W Hawanie była honorowym gościem karnawału. W plebiscycie z okazji XXV-lecia PŻM zdobyła piąte miejsce. Wybrano ją Szczecinianką Roku 1966. Wystąpiła przed dwudziestoma największymi telewizjami świata, gościła na okładkach światowych gazet. Udzieliła setki wywiadów. Fotoreporterzy zrobili jej tysiące zdjęć. Na jej cześć pisano wiersze, fraszki, piosenki. Z najdalszych zakątków świata nadchodziły listy, często zaadresowane tylko tak: Kapitan Kobylińska – Walas, Polska. Trafiały pod szczeciński adres, bo przez wiele lat mieszkała w Szczecinie.

– Wykonywałam tylko swoje obowiązki – mówi pani Danuta – No, ale byłam ta pierwsza, ta jedyna, więc zrobiono ze mnie gwiazdę. Dziś, z tego co wiem, kilka Polek dowodzi statkami a co najmniej dwadzieścia ma kapitańskie dyplomy. I nikt nie patrzy na to w kategoriach sensacji. Nie stara się je zniechęcić. Mnie wszelkimi sposobami zniechęcano i przekonywano, że kobieta –marynarz, kobieta – oficer czy kobieta –kapitan to coś absolutnie niemożliwego do zrealizowania. Dostałam zdrowo w kość, ale to mnie tylko hartowało, uczyło odpowiedzialności i pokonywania kolejnych przeszkód. Zanim ustawiono mnie w świetle jupiterów i spadły na mnie te wszystkie zaszczyty, poznałam smak goryczy, upokorzeń, uporu połączonego z determinacją. Poznałam cenę realizacji marzeń. Ciągle musiałam udowadniać, że nie jestem gorsza od mężczyzn. A potem będąc już kapitanem ciągle miałam świadomość, że jeśli statek będzie miał awarię, kolizję, to nie powiedzą, że zdarzył się wypadek morski, tylko skomentują, że nie ma się co dziwić, skoro babę zrobiono kapitanem. Wielu mężczyznom trudno było się pogodzić, że kobieta nie tylko sięgnęła po „ich” zawód, w dodatku wykonywała go dobrze. A ja chciałam, aby kobiety mogły pływać na statkach nie tylko jako stewardesy. Nie płeć powinna być decydująca przy wyborze zawodu, a predyspozycje. Wiedza, umiejętności, pewne cechy charakteru, a przede wszystkim miłość do morza.

Była szczęśliwym kapitanem. Wielokrotnie mówiono o niej „lucky master”. Ci, którzy z nią pływali mówią, że to nie tylko kwestia szczęścia, a niezwykłej sumienności i perfekcji z jaką podchodziła do zawodu.

Szczęśliwe dzieciństwo spędziła w majątku ziemskim w Kozietułach. Gospodarzem był dziadek, ojciec mamy Jan Marcin Leszczyński.

– Mama Maria, studiowała w SGGW w Warszawie, a potem w Paryżu – opowiada. – Tam poznał ją mój ojciec, Bronisław Kobyliński, kapitan Wojska Polskiego. W Kozietułach wzięli ślub. Na świat przyszła moja starsza siostra Teresa, a potem ja. Sielankę przerwała wojna. Majątek najpierw zajęli Niemcy, a potem Rosjanie. Musieliśmy uciekać. Z rodzicami i siostrą zamieszkaliśmy w Kamieniu Pomorskim.

Jesienią, w czterdziestym piątym w Dziwnowie po raz pierwszy zobaczyła morze. Od razu skojarzyło się z przygodą, wolnością. Przypomniała sobie wspomnienia ojca z rejsu, który odbył w młodości na angielskim parowcu. We wspomnieniach często do niego wracał, miał album pełen widokówek z egzotycznych portów. Po jakimś czasie zapisała się na kurs żeglarski w Trzebieży. To z tamtego okresu pochodzi przydomek „Żaba”, jakim często nazywają ją przyjaciele.

– Przylgnął do mnie, gdy miałam kilkanaście lat – śmieje się. – Świetnie pływałam żabką, miałam zielony kostium kąpielowy a w harcerstwie prowadziłam zastęp „Żabki”. No, aż się prosiło żebym została „Żabą”.

Gdy pierwszy raz pod żaglami wypłynęła na morze, wiedziała, że to jest to. Postanowiła zostać marynarzem. Jej podania o przyjęcie do Szkoły Morskiej odrzucano. Pracowała na portowym holowniku jako chłopiec okrętowy. Obstukiwała rdzę, malowała burty, obierała ziemniaki. Spała w magazynku na śmierdzących szmatach i linach. Wielokrotnie, często na gapę, jeździła pociągiem do Warszawy, do ministerstwa. Prosiła urzędników o zgodę, przekonywała. W odpowiedzi słyszała drwiny, wyrazy współczucia i czasem niewybredne epitety. Aż w końcu jej upór zwyciężył. Dostała się do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Ukończyła ją w 1951 roku. Radość trwała krótko. Jak jej wielu kolegów, ze względu na pochodzenie nie otrzymała prawa pływania. O pracy w biurze nawet nie chciała myśleć, wróciła na portowe holowniki, pływała też na stateczku pasażerskim „Panna wodna” i cały czas starała się o zgodę na pływanie na morskim statku. Znowu jeździła do Warszawy. Któregoś razu minister podpowiedział, by wyszła za mąż, argumentował, że samotna kobieta na statku oznacza kłopoty.

– I tak zostałam żoną Czesia Walasa, który od dawna był moim cichym, zakochanym adoratorem – opowiada. – Był bosmanem i rozumiał moją pasję. Powiedział, że ożeni się ze mną, skoro ma mi to pomóc. A skoro go nie kocham, to może to być małżeństwo fikcyjne. Usłyszałam największą deklarację przyjaźni i oddania. Pokochałam go po ślubie. Był wspaniałym mężem, ojcem, przyjacielem. Pływaliśmy razem na tych samych statkach. W rejsy często zabieraliśmy syna Konrada, dziś jest kapitanem. Po dwudziestu trzech latach małżeństwa Czesław zginął tragicznie w czasie polowania na kaczki. To był straszny cios, z trudem się po nim podniosłam…

W czasie kolejnej wizyty w ministerstwie wreszcie dostała zgodę na pływanie. Był rok 1956. W PŻM usłyszała, że ma zamustrować jako asystent pokładowy na parowiec „Wrocław”. Szła ulicą i zanosiła się płaczem. Z radości. Nie mogła uwierzyć, że po pięciu latach próśb, oczekiwań nareszcie na prawdziwym statku popłynie w świat.

Szlify III i II oficera otrzymała na parowcu „Szczecin”. W 1961 roku na motorowcu „San” została chiefem. W dwa lata później z wyróżnieniem zdała egzamin i otrzymała dyplom kapitana żeglugi wielkiej. Wtedy z dumą mówiono o jej niezwykłej pracowitości, doskonałym przygotowaniu i niespotykanym uporze.

Był rok 1964. Na dziesięciotysięczniku „Kopalnia Wujek” była pierwszym oficerem. Zachorował kapitan i trzeba go było zostawić w szpitalu, w angielskim porcie. Dowództwo statku, na polecenie dyrekcji PŻM, powierzono Danucie Kobylińskiej- Walas. Doprowadziła statek do szczecińskiego portu i od razu pojawiły się głosy, aby wracała na swoje miejsce czyli na stanowisko I oficera.

Ryszard Karger, ówczesny dyrektor PŻM tak o tym opowiadał: „Nie zgodziłem się na to. Powiedziałem, że pani Kobylińska –Walas jest kapitanem i będzie pływać jako kapitan. Byłem dumny, że mamy w przedsiębiorstwie kobietę – kapitana. dobrego czasem okazało się, że bardzo dobrego kapitana. W czasie siedemnastu lat kapitaństwa nie miała żadnej awarii rzucającej cień na jej karierę zawodową. A w środowisku marynarskim zaczęto zazdrościć jej sławy i profesjonalizmu. Niektórzy nawet złośliwie mówili, że statkiem dowodzi jej mąż, który też miał dyplom kapitana, a ona jest tylko maskotką. Oczywiście to nieprawda. Ona ciężko pracowała na swoją pozycję.”

Słynęła z twardej ręki i wyznawania zasady, że mój statek świadczy o mnie. Wymagała profesjonalizmu, rygorystycznie wymagała dbałości o czystość. Wieszała firanki, obrazki, ustawiała kwiaty. Gdy słyszała sarkania pytała: „A dlaczego na statku ma być brudno i szaro? Przecież przez kilka miesięcy to nasze miejsce pracy i nasz dom”. Jednocześnie dbała o ciepłą, rodzinną atmosferę na statku, rozrywki, urozmaicone jedzenie. Często sama wpadała do statkowej kuchni, aby coś podpowiedzieć, a nawet przygotować. Interesowała się rodzinami swoich załóg. Kiedy trzeba było pomagała, na przykład zdobyć trudno osiągalne lekarstwa. Bardzo serdecznie zajęła się dziewczynką najciężej ranną w słynnej w Szczecinie katastrofie czołgu. Ci, którzy znają panią kapitan podkreślają, że zawsze była wrażliwa na ludzką krzywdę, nie potrafiła przejść obojętnie obok kogoś, kto potrzebował pomocy…

– Pamiętam mądre słowa mojego ojca, który dał mi radę na całe życie. Mówił tak: „Jeśli chcesz być szczęśliwa, to w ambicjach i dążeniach patrz na tych, którzy osiągnęli więcej i ucz się od nich. Natomiast w żądaniach i oczekiwaniach patrz w dół, na tych, którym żyje się gorzej od ciebie”. Serce boli, gdy przypomnę sobie, że ten wspaniały człowiek, przedwojenny oficer, po wojnie został zdegradowany z pracownika umysłowego do portiera. Wypisywał przepustki w stoczniowej portierni.

W Bułgarii nadzorowała budowę statku „Kołobrzeg II”, w Niemczech – masowca „Budowlany”. Najdłużej pływała na 15-tysięczniku „Bieszczady”. Największy statek jakim dowodziła, to   52-tysięcznik „Uniwersytet Toruński”. Gdy na niego mustrowała stał w balaście na redzie Portu Północnego w Gdańsku. Była zima, zacinał śnieg, motorówka skakała na fali. Na pokładzie załoga obserwowała jak pani kapitan da radę skoczyć z motorówki na sztormtrap a potem pokonać kilkanaście metrów wspinaczki. Dała radę, ale i tak nie brakowało takich, którzy zapowiedzieli, że z „babą nie popłyną”. Popłynęli.

W ciągu siedemnastu lat dowodzenia statkami nie brakowało dramatycznych chwil, godzin pełnych napięcia, nieprzespanych nocy. Przyznaje, że przejmowała się tym bardziej niż inni kapitanowie.

– Wielu osobom się wydawało, że moje pływanie było tylko kolorową przygodą, nieustającym festynem popularności. A to była ciężka, odpowiedzialna praca. W dodatku nie mogłam sobie pozwolić na potknięcie, wiedziałam z jakim trudem zdobyłam prawo do pływania, awansowania. Jak trudna była moja droga na kapitański mostek. Rachunek za lata na morzu, za stres wystawiło mi zdrowie. Zaczęło poważnie szwankować. Musiałam zrezygnować z pływania.

Obawiała się życia na lądzie, ale ucieszyła się, gdy na początku lat osiemdziesiątych zaproponowano jej przedstawicielstwo polskich firm żeglugowych w Tunezji. Była tam sześć lat. W kraju, w którym kobieta niewiele znaczy ją darzono wielkim szacunkiem i uznaniem. Imponowała wiedzą, energią, niekonwencjonalnym działaniem, znajomością języków. Arabskiego też się nauczyła. Nie było dla niej spraw niemożliwych do załatwienia.   Nazywano ją Madame Commandante.

To między innymi dzięki pani kapitan Polska Żegluga Bałtycka na pięć sezonów wyczarterowała Tunezji cztery swoje promy. Co w rezultacie bardzo poprawiło, bardzo trudną wówczas sytuację firmy, w dużym stopniu spowodowaną wprowadzonym w Polsce w 1981 roku stanem wojennym.

Na początku lat osiemdziesiątych pani kapitan spotkała Edmunda Waydę, byłego wieloletniego dyrektora Operetki Szczecińskiej, śpiewaka, aktora. Byli razem Tunezji. W 1988 roku w Warszawie wzięli ślub.

– Przed laty oklaskiwałam go na Potulickiej w „Krainie uśmiechu”, w „My Fair Lady”, ale nie przypuszczałam, że kiedyś zejdą się nasze drogi, że będziemy razem tak szczęśliwi. Przytrafiła nam się piękna miłość w jesieni życia. Kiedyś na morzu bezbłędnie odróżniałam wiejącą „szóstkę” od „siódemki”, a dzięki Edziowi nauczyłam się nie gorzej odróżniać arie operetkowe. W naszym domu, tak w Hanowerze, jak i w Warszawie niepodzielnie królowała muzyka. Byliśmy razem prawie trzy dekady. Od 2010 roku jestem wdową. Uczę się trudnej sztuki przemijania, ale nie roztkliwiam się, nie smęcę. We wspomnieniach przywołuję tylko miłe chwile. Ale dosyć wspomnień, opowiem ci dowcip…

Zawsze słynęła z ogromnego poczucia humoru, z dystansu do siebie i z dowcipów, którymi sypie jak z rękawa…

KRYSTYNA POHL

W 1997 roku ukazała się jedyna biografia kapitan Danuty Kobylińskiej –Walas, zatytułowana „Pierwsza po Bogu”. Napisał ją kpt. ż. w. Eugeniusz Daszkowski.

11 listopada, 2017 roku na Skwerze Kapitanów przy „Starej Rzeźni”, na Łasztowni w Szczecinie wnuczka Magda Skrzyńska (córka kpt. Konrada Walasa, syna pani kapitan) odsłoniła tablicę przypominającą postać Danuty Kobylińskiej-Walas. To jedna z 12 znajdujących się tam tablic poświęconych kapitanom, i tym żyjącym, i tym którzy odeszli na wieczną wachtę.