Historia: DRAMATYCZNY FINAŁ REJSU

– To był 636 dzień mojego rejsu. Ostatni – mówi żeglarz Grzegorz Węgrzyn. – Ze statku, który zabrał mnie na pokład zrobiłem ostatnie zdjęcie mojej „Reginy R.” Ze złamanym masztem, dziurawą burtą dryfowała po oceanie… (milknie, stara się opanować wzruszenie).  – Dla każdego żeglarza to straszny moment, gdy musi opuścić i zostawić swoją jednostkę na pastwę morskiego żywiołu. A przecież nie tak miało być…  Ten jacht to był cały mój majątek, moje marzenia, całe moje życie…

Rozmawiamy w kilkanaście dni po powrocie żeglarza do kraju. W Jacht Klubie AZS zobaczyłam kartkę z informacją, że żeglarz Grzegorz Węgrzyn poszukuje pracy. Podejmie ją na jachcie lub żaglowcu.

Zanim wrócimy do dramatycznego finału przypominam sobie  początek rejsu, uroczyste  pożegnanie żeglarza przy Wałach Chrobrego w Szczecinie, w czerwcu 2015 roku. Uczestniczyli w nim jego przyjaciele, sympatycy wyprawy, szczecińscy żeglarze.  Na pokładzie jachtu ksiądz Stanisław Flis odprawił mszę.

62-letni wówczas Grzegorz Węgrzyn z Gryfina mówił, że chce opłynąć świat w ciągu 300 dni, bez zawijania do portów, no chyba, że będzie tego wymagała wyjątkowa sytuacja. Trasa z grubsza miała wyglądać tak: Cieśniny Duńskie, kanał La Manche, Atlantyk, Ocean Indyjski, kierunek Australia, Nowa Zelandia, przylądek Horn, ponownie Atlantyk, Morze Północne, Bałtyk i Szczecin.

Przyznał, że o takim samotnym rejsie marzył od młodzieńczych lat. Przygotowania do realizacji tych marzeń rozpoczął dopiero wtedy, gdy przeszedł na emeryturę. „Nareszcie miałem czas, bo wcześniej wiadomo praca, rodzina, różne obowiązki”. Przed startem powiedział: „Żeglarstwo uprawiam od 1976 roku, ale jest to mój pierwszy samotny rejs. Czuję respekt, ale nie boję się, bo strach jest złym doradcą. Nie chcę być pyszałkiem, ale jestem dobrze przygotowany. Wiem, że nie uchronię się od niespodzianek, ale nie chcę myśleć destrukcyjnie”.

Kupił solidny, stalowy, 11-metrowy jacht zbudowany w Hamburgu. Nazwał go „Regina R.”.  „To imię mojej babci Reginy Rybickiej – wyjaśniał. – To ona zaszczepiła we mnie ciekawość świata, zamiłowanie do przyrody, podróży.   Jej portret i dziadzia Mirosława zawiesiłem w kabinie jachtu”.

Na jacht załadował tonę wody, 600 litrów paliwa, cztery butle z gazem, narzędzia, apteczkę, trochę książek, odzieży i prawie 300 kg prowiantu, głównie konserw, kaszy, ryżu, makaronu, trochę dań liofilizowanych.

Patronat nad wyprawą objęły: Polska Żegluga Morska, Akademia Morska w Szczecinie, Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni – wylicza. – Otrzymałem mapy, pomoce nawigacyjne, wydawnictwa. Niestety, w ostatniej chwili, tuż przed rejsem wycofało się kilka firm, które obiecywały finansowe  wsparcie. W efekcie zabrakło mi pieniędzy na telefon satelitarny, samoster, baterie słoneczne. Ale, postanowiłem, że płynę, bo  przecież kiedyś nie było takich urządzeń, a żeglarze świat opływali. Przygotowania i wyposażenie jachtu pochłonęły mnóstwo pieniędzy, wszystkie moje oszczędności. Jachtowa kasa była prawie pusta.

Wszyscy bardzo trzymaliśmy kciuki za wyprawę Węgrzyna. Był pierwszym polskim żeglarzem, który  swój samotny,   wokółziemski rejs  rozpoczynał w Szczecinie. A w historii polskiego jachtingu drugim żeglarzem, który w samotny rejs wokół globu wyruszał z polskiego portu. Pierwszym był Henryk Jaskuła , który na jachcie  „Dar Przemyśla” w 1979 roku wypłynął z Gdyni.

Jaskuła zawsze mi imponował – przyznaje. – To pierwszy Polak i trzeci żeglarz na świecie, który samotnie bez zawijania do portów opłynął  świat, w dodatku na drewnianym jachcie. Zajęło mu to 344 dni.  Pamiętam potem nagonkę na niego i insynuacje, jakoby świata nie opłynął, a zaszył się gdzieś na Atlantyku. To było bardzo przykre. On napisał wtedy dwa tomy „Obrony koniecznej” przytaczając fakty  ze swojego rejsu. Wzorem żeglarskiego samotnika jest też dla mnie Leonid Teliga.  Pierwszy Polak, który samotnie pokonał Atlantyk i pierwszy, który  samotnie opłynął świat. To były lata 1967-69.  On co prawda zawijał do portów, jego rejs trwał dwa lata i kilkanaście dni, ale płynął na skromnym, drewnianym jachcie „Opty”, a w końcowym etapie rejsu zmagał się z ciężką chorobą.

Początek rejsu „Reginy R.” przebiegał bez problemów.  Dopiero po silnych atlantyckich sztormach pojawiły się pierwsze kłopoty.  Jacht był  jakieś tysiąc mil na południe od Wysp Zielonego Przylądka.

Awaria komputera pozbawiała mnie map i autopilota – opowiada Węgrzyn. – Musiałem  zawrócić i zawinąć do portu Praia na wyspie  Santiago w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka. O problemach poinformowałem maszoperię „Reginy R”, przyjaciół, na których zawsze mogłem i mogę liczyć. Przysłali niezbędne części, paczka wędrowała prawie miesiąc. Żeby bezczynnie nie siedzieć i trochę zarobić pracowałem z rybakami. Potem przyplątała się choroba. W końcu uporałem się z naprawami i po prawie trzech miesiącach postoju ruszyłem dalej.

– Kolejny bardzo silny sztorm dopadł mnie na Oceanie Indyjskim. Tydzień się z nim zmagałem.  I znowu awaria, tym razem olinowania. Musiałem wejść do portu Simonstown pod Kapsztadem. I znowu  z pomocą przyszła maszoperia. Ale też bardzo, bardzo pomogła mi tamtejsza  Polonia  i żeglarze niemalże z całego świata, którzy cumowali w marinie. Mogłem kupić liny, a przede wszystkim prowiant.  Miałem postój gratis, mogłem wyciągnąć jacht, wyczyścić kadłub. Po miesiącu opuściłem gościnny port. Już wiadomo było, że nie będzie to rejs non –stop. Przed opuszczeniem RPA od jednej z Polek usłyszałem, że jej syn mieszka w Australii, w Melbourne i serdecznie mnie zaprasza.  Miałem też zaproszenie z Perth.  Ale zanim tam dotarłem nieźle dostałem w kość na Oceanie Indyjskim.  Miałem szesnaście silnych sztormów. To opóźniło moje dotarcie do Australii i stąd te niepokojące wieści o moim zaginięciu na oceanie. Ale też faktem jest, że przestałem się spieszyć i między sztormami cieszyłem się urodą oceanu. Jest coś fascynującego w samotnej żegludze. Człowiek jest sam z bezkresem oceanu. A ten  potrafi być niewiarygodnie piękny.

– W  Australii mój rejs wywołał duże zainteresowanie, byłem wzruszony komitetami powitalnymi. Spotkałem się z ogromną życzliwością ze strony tamtejszej Polonii i żeglarzy w marinach. Brać żeglarska na całym świecie jest taka sama, zawsze ciekawa, zawsze  chętna do pomocy. Ale nie chciałem jej nadużywać. Poprosiłem Konsulat RP w Sydney o pożyczkę. Pani konsul odpowiedziała, że żadnej pożyczki nie będzie, a jak nie mam pieniędzy, to mogę sprzedać jacht i wracać do kraju samolotem. Urzędnicy na całym świecie też są tacy sami. Kochają mówić – nie. Ale mimo wszystko pobyt w Australii był wspaniały i długo będę go pamiętał, udało mi się też sporo zobaczyć.

–   Potem była Nowa Zelandia, ale mam niemiłe wspomnienia i nic nie będę mówił. Byłem tam króciutko i 18 marca, 2017 roku popłynąłem dalej. Kierowałem się na Horn. Cały czas było sztormowo.

Był  na Pacyfiku, jakieś 1200 mil morskich od wybrzeży Nowej Zelandii, gdy coś niedobrego zaczęło dziać się z jachtem.  Gdy wiatr się uspokoił, zszedł pod wodę, by sprawdzić co się stało ze sterem. Steru nie było. Odpadł. Węgrzyn był załamany. Za pomocą radioboi EPIRB wezwał pomoc. Sygnał odebrały nowozelandzkie służby ratownictwa morskiego. Wysłały samolot „Orion”. Odnalazł dryfujący jacht.

– Nawiązaliśmy łączność – opowiada Węgrzyn. – Wyjaśniłem jaką mam usterkę. Usłyszałem, że za dwa dni przypłynie holownik i odholuje mnie do portu. Tymczasem następnego dnia pojawił się duży  handlowy  statek, 200 metrów długości, 70 tys. DWT o nazwie „Key Opus”. Był najbliżej.  Usiłował wziąć mnie na hol, ale robił to tak nieudolnie, że staranował jacht, złamał  maszt i przedziurawił burtę.   Odciąłem hol i w dryfie odpłynąłem. Statek cały czas był w pobliżu. Całą noc czuwałem licząc, że jednak przypłynie holownik i otrzymam fachową pomoc. Rano widzę, że jest duży przeciek na prawej burcie. Jacht nabierał wody. Odpaliłem rakietę. Sytuacja z awaryjnej stała się tragiczna.  Jestem gotowy do ewakuacji, gdy ponownie nadlatuje samolot „Orion”, tym razem z żeglarzem, Kaziem Jasicą na pokładzie. Poznałem go w Nowej Zelandii. Przekonuje mnie, że mam zostawić jacht i przejść na pokład statku. Jest mi strasznie ciężko, ale sam już to wiem. Wiem, że nie ma ratunku dla  „Reginy R.”, że muszę się ratować, a ją zostawić na pastwę oceanu.  Dociera do mnie, że to nieodwracalny  koniec mojego wokółziemskiego rejsu. Bolesne, przygnębiające uczucie.  Jestem przekonany, że gdyby przypłynął z pomocą holownik, to jacht znalazłby się w którymś z nowozelandzkich portów, zrobiłbym remont i  kontynuowałbym rejs.

Po ponad dwóch tygodniach „Key Opus” przypłynął z rozbitkiem do Chile. Grzegorz Węgrzyn na początku maja samolotem wrócił do kraju. Ma do zapłacenia ponad 500 dolarów za pobyt  na statku (taki rachunek wystawił kapitan)  i dziesięć tysięcy złotych za bilet lotniczy.

Pytam czy myśli o ponownym rejsie wokół globu.

To nie czas na takie myślenia i plany – odpowiada. – Teraz dla mnie najważniejszą sprawą jest znalezienie pracy, stąd ta wywieszona kartka  i oddanie długów. Nie mogę cały czas korzystać z pomocy nawet najbardziej  życzliwych  mi ludzi.

KRYSTYNA POHL