100 metrów wysokości i ponad 150 długości – taki będzie kolejny symbol miasta, jakim niewątpliwie stanie się Most Kłodny. Miasto Szczecin otrzymało 100 mln zł dofinansowania na realizację jednej z największych inwestycji drogowych – przebudowę dróg na Międzyodrzu oraz budowę nowego mostu nad Odrą.

Połączy Centrum z Łasztownią

Nowa przeprawa zlokalizowana będzie w pobliżu Trasy Zamkowej, połączy Centrum Miasta z obszarem rewitalizowanej Łasztowni. Będzie to konstrukcja wantowa o długości ponad 150 metrów, z wysokim na około 100 metrów pylonem oraz 24 linami podtrzymującymi pomost. Konstrukcja umożliwi obustronny ruch pieszych, rowerzystów, samochodów. Most będzie przystosowany również do obsługi ruchu tramwajów.

Nowe drogi na Międzyodrzu

Most Kłodny realizowany będzie w ramach inwestycji pn. „Modernizacja dostępu drogowego do Portu w Szczecinie: przebudowa układu komunikacyjnego w rejonie Międzyodrza”, która jest jedną z priorytetowych dla miasta w nowej perspektywie unijnej. W ramach zadania oprócz budowy mostu zmodernizowane zostaną m.in. ulice: Gdańska, Energetyków, Basenowa, Górnośląska, Bytomska i Rybnicka. Zmieni się także układ dróg na Łasztowni. Inwestycja obejmuje ponadto budowę torowiska tramwajowego na Moście Kłodnym oraz części Łasztowni.

Konieczne dofinansowanie

Zgodnie z Wieloletnim Programem Rozwoju Szczecina, szacunkowy koszt inwestycji wynosi ponad 362 mln zł. Dofinansowanie w wysokości 100 mln zł zostanie przekazane miastu przez Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju. Szczecin będzie się ubiegać o przyznanie kolejnych środków na realizację tego dużego zadania inwestycyjnego.

 

 

 

Wspaniałą wiadomość czytelnikom portalu Moja Łasztownia przekazał wielki przyjaciel Starej Rzeźni Kapitam Włodzimierz Grycner: Kapitan Żeglugi Wielkiej Eugeniusz Daszkowski otrzymał złoty „Pierścień Hallera”

Uroczystość upamiętnienia odbyła się w Pucku 10 lutego br. pod popiersiem Generała w otoczeniu mieszkańców miasta i wielu delegacji z całej Polski, w pięknej uroczystej oprawie. Odznaczonym repliki pierścienia wręczali: Przewodniczący Kapituły kontradmirał dr inż. Czesław Dyrcz oraz Prezes LMiR  kpt.ż.w. dr inż. Andrzej Królikowski: – Mam satysfakcję, po raz drugi w tym miesiącu, zawiadomić na łamach „Wyszkowiaka”, że Honorowy Obywatel Miasta Wyszkowa – kpt.ż.w. Eugeniusz A. Daszkowski został nagrodzony przez Kapitułę Ligi Morskiej i Rzecznej, najwyższym LMiR odznaczeniem „Pierścieniem Hallera – poinformował kpt. Ż.w. Włodzimierz Grycner.

Pierścień ten został wręczony Kapitanowi w dniu upamiętnienia „Zaślubin Polski z Morzem” przez Generała Józefa Hallera 98 lat temu 10 lutego w Pucku. Kapitan Żeglugi Wielkiej Eugeniusz Daszkowski otrzymał złoty „Pierścień Hallera” za wieloletnie dowodzenie polskimi statkami, dokonania pedagogiczne i jako pisarz marynista, mający w dorobku ponad 20 książek morskich. Wśród wielu delegacji była z Wyszkowa pani Elżbieta Kasińska- Prezes Oddziału, Członek Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Rzecznej.

– Sądzę, że ten fakt wyróżnienia kpt.ż.w. Eugeniusza A. Daszkowskiego przynosi zaszczyt nie tylko Kapitanowi, ale przede wszystkim Wyszkowowi i jego mieszkańcom, z którymi jest związany od urodzenia, co zawsze podkreśla. Do tych gratulacji przyłącza się nie tylko środowisko Szczecina, ale również ja, jako przyjaciel Eugeniusza – dodaje Kapitan Grycner.

Panu Kapitanowi życzymy kolejnych wspaniałych sukcesów!

Szczecin, dn.12.02.2018r.

Tygodnik Informacyjno-Reklamowy “Wyszkowiak” S.C.

Sz. Pani Redaktor naczelna   Justyna Pochmara

Szanowna pani Redaktor i Czytelnicy „Wyszkowiaka”.

Mam satysfakcję, po raz drugi w tym miesiącu, zawiadomić na łamach „Wyszkowiaka”, że Honorowy Obywatel Miasta Wyszkowa – kpt.ż.w. Eugeniusz A. Daszkowski został nagrodzony przez Kapitułę Ligi Morskiej i Rzecznej, najwyższym LMiR odznaczeniem „Pierścieniem Hallera”.

Pierścień ten został wręczony Kapitanowi w dniu upamiętnienia „Zaślubin Polski z Morzem” przez Generała Józefa Hallera 98 lat temu 10 lutego w Pucku.

Uroczystość upamiętnienia odbyła się w Pucku 10 lutego br. pod popiersiem Generała w otoczeniu mieszkańców miasta i wielu delegacji z całej Polski, w pięknej uroczystej oprawie. Odznaczonym repliki pierścienia wręczali:

Przewodniczący Kapituły kontradmirał dr inż. Czesław Dyrcz

Prezes LMiR  kpt.ż.w. dr inż. Andrzej Królikowski

Kapitan Żeglugi Wielkiej Eugeniusz Daszkowski otrzymał złoty „Pierścień Hallera” za wieloletnie dowodzenie polskimi statkami, dokonania pedagogiczne i jako pisarz marynista, mający w dorobku ponad 20 książek morskich.

Wśród wielu delegacji była z Wyszkowa pani Elżbieta Kasińska- Prezes Oddziału, Członek Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Rzecznej.

Sądzę, że ten fakt wyróżnienia kpt.ż.w. Eugeniusza A. Daszkowskiego przynosi zaszczyt nie tylko Kapitanowi, ale przede wszystkim Wyszkowowi i jego mieszkańcom, z którymi jest związany od urodzenia, co zawsze podkreśla.

Do tych gratulacji przyłącza się nie tylko środowisko Szczecina, ale również ja, jako przyjaciel Eugeniusza. Załączam swoje zdjęcia z tej uroczystości.

Z wyrazami poważania,

Wiceprzewodniczący Szczecińskiego Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej
Wiceprezes Ligi Morskiej i Rzecznej Okręg Zachodniopomorski
Komodor Flisów Odrzańskich
Kpt.ż.w./kpt.ż.ś./Pilot Morski inż. Włodzimierz Grycner

Maszt Maciejewicza, jeden z morskich symboli Szczecina stanie na Łasztowni. Zostanie posadowiony przed biurowcem Lastadia, przy odnowionym nadrzecznym bulwarze.  Wiceprezydent Daniel Wacinkiewicz zapowiedział, że maszt   w tym miejscu stanie na początku czerwca, przed Dnami Morza.  I dodał:

– Poprzednia lokalizacja, u wylotu Trasy Zamkowej, nie była możliwa ze względu na planowane w tym miejscu  inwestycje drogowe. Szerokie grono osób, w tym m.in. historycy i żeglarze uznali, że najlepszym miejscem dla masztu będzie Łasztownia.  W tej sprawie osiągnęliśmy trójstronne porozumienie: miasta, Urzędu Marszałkowskiego i Muzeum Narodowego. Zgodnie uznaliśmy, że morski symbol miasta, jakim niewątpliwie jest Maszt Maciejewicza, powinien  wrócić nad wodę. Łasztownia jest więc miejscem odpowiednio prestiżowym, wyeksponowanym i skupiającym w sobie wiele elementów tworzących morski charakter Szczecina.

Tę informację nie tylko środowisko morskie, żeglarskie, ale i mieszkańcy Szczecina przyjęli z radością. Trudno się temu dziwić, zważywszy, że wiele osób już straciło nadzieję, że ta konstrukcja kiedykolwiek pojawi się ponownie w przestrzeni miasta.  W marcu minie pięć lat od momentu, kiedy została zdemontowana. Nastąpiło to ze względu na konieczność zbadania jej stanu technicznego i dokonania niezbędnych prac konserwacyjnych.  Zakonserwowany i pomalowany maszt leży na terenie Bazy Oznakowania Nawigacyjnego Urzędu Morskiego. A przez tych pięć lat trwała dyskusja  nad jego dalszymi losami. Podawano kolejne, często abstrakcyjne  miejsca i …nic się nie działo. Ale nareszcie mamy publicznie ogłoszoną decyzję, lokalizację i termin.

Lecz jak to zwykle bywa,  pojawiły się głosy niezadowolenia i co ciekawe ze strony osób, które nigdy dotychczas masztem się nie interesowały. Uważają, „że ta lokalizacja jest fatalna, wprowadza przestrzenny chaos, no i nie było konsultacji z mieszkańcami”. Złożyły petycję na ręce prezydenta miasta.

– Od początku śledzę wszystkie poczynania i kolejne dyskusje związane z Masztem Maciejewicza – mówi kpt. ż. w. Wiktor Czapp. – Ze wszystkich wcześniej proponowanych lokalizacji, właśnie ta na Łasztowni, właśnie w tym miejscu,  jest z wielu względów znakomita. I bardzo się cieszę z tej decyzji. Długo na nią czekaliśmy, ale było warto. Maszt będzie znakomicie widoczny i dostępny. Odnowione nadodrzańskie bulwary przyciągają coraz więcej ludzi. Każdy zainteresowany będzie mógł swobodnie podejść do masztu, przeczytać informacje zamieszczone na tablicach.

To samo powtarza kpt. ż. w. Włodzimierz Grycner, wiceprzewodniczący Szczecińskiego Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej.  – To jest przecież bardzo reprezentacyjne miejsce. Odnowione bulwary prowadzą do zabytkowych portowych dźwigów, do żeglarskiej mariny, Skweru Kapitanów przy Starej Rzeźni, a w przyszłości także do Morskiego Centrum Nauki, czyli do wyczekiwanego, wytęsknionego Muzeum Morskiego. A idąc będziemy mieli po drodze maszt, oryginalny symbol morskiego Szczecina.

– Maszt w tym miejscu, to absolutnie najlepsza ze wszystkich lokalizacji – podkreśla Piotr Owczarski, żeglarz, inicjator powstania Alei Żeglarzy. – Uważam, że zdecydowanie lepsza od poprzedniej, ze względu na ułatwiony dostęp, tam jednak przeszkadzała ruchliwa jezdnia.  Maszt ulokowany na Łasztowni, nad wodą,  przy odnowionym bulwarze  na szansę stać się centrum różnych żeglarskich i morskich wydarzeń.

Lech Karwowski, dyrektor Muzeum Narodowego, które jest właścicielem masztu, będącego eksponatem muzealnym: – Dźwig ze statku „Kapitan K. Maciejewicz” zawsze budził różne emocje. On sam jako konstrukcja oraz proponowane  lokalizacje.  Uważam, że ta lokalizacja  ma wiele zalet i z punktu widzenia architektonicznego jest ciekawa. Biały dźwig na tle wydłużonej, czerwonej fasady biurowca, nie tylko przełamuje nudne tło, ale wprowadza w przestrzeń przed Lastadią dodatkowy plan widokowy. Maszt w tym miejscu będzie miał różne ujęcia pełne oddechu i wolnej przestrzeni. Konstrukcja sama w sobie nie jest aż tak atrakcyjna, by czynić dla niej osobny plac. Dopiero jako zespół jest to już pewna atrakcja.

                                               x

Maszt Maciejewicza, przypomnijmy, od roku 1991 (przez 22 lata) stał u wylotu Trasy Zamkowej na plac Żołnierza.  30-metrowa konstrukcja wrosła w krajobraz miasta. Była swego rodzaju pomnikiem, oryginalnym morskim  symbolem Szczecina.  Co  zawsze podkreślał znany plastyk Franciszek Starowieyski.

Maszt ma swoją historię związaną z postacią legendarnego kapitana Konstantego Maciejewicza, ze statkiem noszącym jego imię. Na tym statku, który cumował u podnóża Wałów Chrobrego, w latach 1973-81 mieściło się Liceum Morskie. W nim zaczynało morską edukację wielu późniejszych marynarzy, oficerów, kapitanów.   W roku 1982 statek trafił do stoczni złomowej. Maszt jest jednym z kilkudziesięciu elementów z tego statku, które trafiły do szczecińskiego muzeum.

Krystyna Pohl

            

         
   

            

          

   

 

„Płyń przez morza i oceany świata, nieś chwałę polskiego armatora i polskiego marynarza, nadaję ci imię „Szare Szeregi”. Tymi słowami Hanna Wenda –Uszyńska ochrzciła statek. Uroczystość  odbyła się w belgijskim  porcie, w Antwerpii. Uczestniczyli w niej m.in.  przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, armatora, załoga statku  oraz harcerze z organizacji „Szare Szeregi”. To głównie do nich matka chrzestna skierowała swoje słowa: „…Przyjmując  tę rolę, robię prezent mojemu dziadkowi, inżynierowi Tadeuszowi Wendzie, twórcy i budowniczemu portu w Gdyni. To wielki honor być matką chrzestną statku noszącego imię „Szare Szeregi”. Statku będącego żywym pomnikiem pamięci o młodych ludziach, harcerzach i harcerkach, którzy walczyli godnie  w różnych formacjach  tej konspiracyjnej organizacji i zdali najwyższy egzamin z patriotyzmu i bohaterstwa. Dzięki temu statkowi imię „Szare Szeregi” będzie rozsławiane i upamiętniane na całym świecie. Ogromnie się cieszę, że ta uroczystość odbywa się w roku 2018, a więc w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Można znaleźć pewną analogię pomiędzy młodymi ludźmi pełnymi heroizmu, którzy walczyli zgodnie z przysięgą, nie cofając się przed niczym;  marynarzami, którzy muszą  w codziennej pracy czasem zmagać się  z przeciwnościami i podejmować szybkie decyzje, a moim dziadkiem Tadeuszem Wendą, który wypełnił rozkaz kontradmirała Kazimierza Porębskiego. Wskazał miejsce pod budowę portu, a potem jego budowie był oddany bez reszty i traktował jako obowiązek patriotyczny…”

Należący do PŻM masowiec „Szare Szeregi” (39 tys. ton nośności, 180 m długości) został zbudowany w chińskiej stoczni Yangfan. Do eksploatacji wszedł w lipcu 2017 roku. Z nadaniem imienia armator czekał na dogodny moment, gdy statek znajdzie się w europejskim porcie. W trudnej sytuacji przedsiębiorstwa wyjazdy do Chin uznano za zbyt kosztowne.

– To była dla mnie bardzo wzruszająca uroczystość – przyznaje Hanna Wenda-Uszyńska. – I rzeczywiście cały czas moje myśli były przy dziadku. W tym roku mija 70. rocznica jego śmierci. I tak jak wspomniałam ten chrzest to mój  prezent dla niego. Ponadto w tym roku, po latach starań, w Gdyni zostanie odsłonięty pomnik Tadeusza Wendy i ukaże się jego biografia. Ja dziadka nie znałam, ale całą wiedzę o nim przekazywał mi od najmłodszych lat mój ojciec Jerzy Wenda.  Ja przekazuję ją mojej córce Samancie.

Tadeusz Apolinary Wenda (1863- 1948) był absolwentem Instytutu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu, budowniczym linii kolejowych i portów, m.in. na Łotwie, w Estonii, Kurlandii. W roku 1920, w specjalnie opracowanym memoriale wskazał Gdynię jako miejsce budowy polskiego portu. W następnym roku budowa ruszyła. A prawdziwy rozmach  nastąpił w cztery lata później, gdy Eugeniusz Kwiatkowski, ówczesny minister przemysłu i handlu wywalczył z budżetu państwa fundusze inwestycyjne.  Do roku 1937, wszystko co działo się w gdyńskim porcie było związane z nazwiskiem Wenda.  Dzieło inżyniera Tadeusza Wendy Europa uznała za najnowocześniejszy port bałtycki.  Eugeniusz Kwiatkowski wielokrotnie  powtarzał: „Mnie niesłusznie nazywa się budowniczym Gdyni. Budowniczym i projektantem był wybitny polski fachowiec, inż. Tadeusz Wenda. Ja tylko zmieniłem system budowy  – z powolnego na szybki”.

W dwóch miastach są ulice Tadeusza Apolinarego Wendy: w Gdyni i w Szczecinie. W Szczecinie ulica z imieniem słynnego inżyniera  znajduje się na Łasztowni. M.in. stoi przy niej słynny, pięknie odbudowany obiekt  Stara Rzeźnia. Jest w nim siedziba spółki CSL Internationale Spedition oraz Centrum Kultury Euroregionu.

W latach 90. twórca i projektant portu w Gdyni miał też statek swego imienia. Był nim kontenerowiec „T.Wenda”, zbudowany w 1989 roku w Stoczni Gdańskiej dla PLO. Jego matką chrzestną była Hanna Wenda-Uszyńska.

Krystyna Pohl

FOT. http://www.zpsb.pl/

Są w Szczecinie osoby, których działalność należy wspierać, a których wiedza powinna być wykorzystywana. Jedną z takich osób jest prof. Aneta Zelek, rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy szczecińskiego świata ekonomii. Doskonały dydaktyk, charyzmatyczna postać i wielka przyjaciółka Starej Rzeźni. Pani Profesor otrzymała nominacje w konkursie „Głosu Szczecińskiego” na Osobowość Roku – zachęcamy do głosowania!

Oddawać głosy na prof. Anetę Zelek można w następujący sposób:

prof. Aneta Zelek, Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, nominowana za budowę marki ZSB (GSB.51) 104głosy SMS pod nr 72355 o treści GSB.51

Na ten moment przyjaciółka Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia jest liderką głosowania internautów. Żeby ta pozycja została utrzymana potrzeba Waszych smsów i wiadomości. Prof. Aneta Zelek wielokrotnie prezentowała się przed audytorium na Łasztowni. Jest współautorką cyklu wykładów „Z ekonomią na Ty”, prowadziła także debatę na temat zlotu żaglowców The Tall Ship Races 2017. D

Kapitan Żeglugi Wielkiej, Wiceprezes Ligi Morskiej i Rzecznej w Szczecinie, były wykładowca akademicki oraz z pasji – pisarz marynista. Kapitan Włodzimierz Grycner opowiada portalowi Moja Łasztownia o swoich inicjatywach, które realizuje w Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia. Jest to wspaniały Skwer Kapitanów, inicjatywy żeglarsko-marynistyczne, ale i bardzo udane spotkania autorskie przyciągające mieszkańców miasta. Zapraszamy do przeczytania drugiej części artykułu autorstwa Michała Kaczmarka.

Podczas wydarzenia „Niepodległość na Maszt” organizowanego 11 listopada przez Fundację Moja Łasztownia i Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia odsłonięto 6 kolejnych tablic. W wydarzeniu wzięły udział najważniejsze osoby z życia Akademii Morskiej, Kapitanowie Żeglugi Morskiej, pisarze, aktywiści, rodziny żeglarzy i kapitanów. Między nimi – na tablicach – była pierwsza kapitan w historii Polski czyli Danuta Kobylińska-Walas. Pani Kapitan jest przecież honorową obywatelką Nowego Orleanu. Tablica jest jednym z najgodniejszym elementów upamiętnienia jej pochodzenia, a jak mówi Kapitan Grycner tego typu tablica była dla niej wielką radością.

Nasz rozmówca przyznaje, że dzięki Laurze Hołowacz, prezes firmy CSL Internationale Spedition, a także dzięki Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia udało się w Szczecinie zbudować miejsce, w którym kapitanowie i kultura marynistyczna czują się jak u siebie. – Mamy Mesę Kapitańską, spotykamy, mało tego jest Kubryk Literacki gdzie wystawiane są moje książki. Kolejna sala to miejsce konferencyjne i podczas spotkań wyświetlane są tam filmy morskie. My jako Kapitanowie czujemy się tutaj mile widziani, tutaj zorganizowałem wodowanie swojej książki i ponad 100 osób wzięło w nim udział, graliśmy, śpiewaliśmy. Jesteśmy tutaj u siebie. Pani Prezes Laura Hołowacz jest wspaniałą osobą, która ma pomysły i idzie w dobrym kierunku. Dziękujemy jej za to, że tak chętnie pozytywnie odpowiada na nasze inicjatywy i sama przygotowuje wiele wydarzeń w ramach których Kapitanowie mają okazję się zaprezentować, opowiedzieć o swoim życiu oraz pokazać swoje historie. Pani Prezes to człowiek z wizją, co udowodnił nawet dzień 11 Listopada i wydarzenie „Niepodległość na Maszt”. Odśpiewaliśmy razem „Hymn do Bałtyku”, odsłoniliśmy tablicę, rozmawialiśmy z młodymi ludźmi. Ważne jest byśmy przekazywali kolejnym pokoleniom kulturę morską. Stara Rzeźnia to jest miejsce w którym ta szczecińska morskość znajduje ujście, to jest miejsce bliskie naszemu sercu. Kapitanowie i Liga Morska powinniśmy pracować na rzecz reaktywacji gospodarki morskiej, na Łasztowni jest centrum tego życia. Chcemy by tu żyło centrum kulturalne i marynistyczne, to będzie najpiękniejsze miejsce w Szczecinie – mówi Kapitan Włodzimierz Grycner.

NOTKA BIOGRAFICZNA:

Włodzimierz Grycner urodził się 17 maja 1945 roku w Łopusznie k. Kielc. Jest synem Edwarda i Eugenii z d. Domagały. Początkowo związał się z Chełmżą. Tam uczęszczał do Szkoły Podstawowej nr 1, którą ukończył w 1959 roku. Naukę kontynuował w Liceum Ogólnokształcącym, którego absolwentem został w 1963 roku. W tym samym roku przybył do Szczecina. Tu podjął studia w Państwowej Szkole Morskiej. Po ich ukończeniu w 1966 roku, rozpoczął pracę na statkach Polskiej Żeglugi Morskiej. Z armatorem tym związany był niemal 40 lat (do 2005). W tym okresie urlopowany, pływał również pod obcymi banderami. W 1980 roku uzupełnił wykształcenie, studiując Transport Morski w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie i uzyskując z wynikiem bardzo dobrym tytuł inżyniera. W 1983 roku otrzymał dyplom Kapitana Żeglugi Wielkiej.

Dowodził 33 statkami polskimi i obcych bander – amerykańskimi, brytyjskimi, duńskimi, greckimi i niemieckimi. Od 1996 roku piastuje stanowisko prezesa Ligi Morskiej i Rzecznej oraz funkcję Komodora dorocznych „Flisów Odrzańskich”. Był jednym z pomysłodawców budowy pomnika „Tym, którzy nie powrócili z morza” na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.

Miniony rok był kolejnym czasem aktywnej działalności Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia. Działo się dużo – koncerty, wystawy, prezentacje, a także wielkie projekty realizowane wspólnie z Gminą Miasto Szczecin. Łasztownia staje się miejscem, które tętni życiem o każdej porze roku. Specjalnie dla Was przygotowaliśmy podsumowanie, w którym przypominamy co działo się w minionym roku.

– To był czas bardzo intensywny, bo nie było miesiąca kiedy w Starej Rzeźni było mniej ciekawie. Mnóstwo wykładów, koncertów, spotkań – nie brakowało spotkań literackich i tych z podtekstem marynistycznym, ale odbyło się także mnóstwo koncertów. Występowali młodzi artyści, ale i gwiazdy, których koncerty wypełniły Salę Iluzjon po brzegi. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że wraz z rozwojem tej części miasta, rośnie zainteresowanie ofertą naszego Centrum Kultury. Już teraz zapraszamy do zapoznania się ze styczniowym harmonogramem. Będzie koncert swingowy, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy oraz wykłady prof. Jacka Rudnickiego oraz coach Małgorzaty Krawczak, a to dopiero początek – mówi Ewa Tracz z Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia.

Jakie wydarzenia odbyły się na Łasztowni w minionym roku?

Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w 2016 roku zaprosiliśmy mieszkańców miasta na „Gwiazdkę nad Łasztownią”, w 2017 roku ta forma rozbudowała się tak mocno, że magistrat zaufał Starej Rzeźni i w tym roku cały finał odbył się w naszej instytucji i dookoła niej. W przyszłym roku będzie podobnie, a program wydarzeń ustalony wspólnie ze Szczecińską Agencją Artystyczną obfituje w szereg ciekawych inicjatyw. Podstawą będą koncerty szczecińskich artystów, pokazy ratownicze oraz rozbudowane warsztaty dla dzieci.

Koncerty w Starej Rzeźni, nie ma wątpliwości, że pod kątem gwiazd ten rok był absolutnie najlepszy w naszej historii. W lutym odwiedził nas Maciej Balcar z zespołu Dżem oraz Janusz Radek (wrócił również jesienią). Koncerty cieszyły się wielkim zainteresowaniem. Nie inaczej było z dwoma koncertami Smolika i Keva Foxa, których oklaskiwała pełna sala fanów. Kwiecień to koncert Kasi Kowalskiej w wersji akustycznej. Kameralny koncert na 200 osób zgromadził najwierniejszych fanów artystki. Sukcesem był także festiwal „Nogi z Waty”, którego młodzieżowy charakter spodobał się gościom Łasztowni. Podczas inicjatywy Antonii Janczak zaprezentowano także projekt „Budyń Julka Tuwima” z udziałem Czesława Mozila. Wielką popularnością cieszyły się wszystkie koncerty duetu Dominika Korycka i Andrzej Żukowski. Jesień to czas powrotów artystów, których koncerty idealnie sprzedawały się zimą i wiosną. Poza tym gościliśmy Mieczysława Szcześniaka, Kraków Street Band czy w ostatnich dniach grudnia wspaniałą Grażynę Łobaszewską. Możemy zdradzić, że trwają już rozmowy z kolejnymi artystami – rok 2018 pod kątem występów i koncertów będzie równie interesujący.

Nasze autorskie projekty, rozwijamy inicjatywy, które zrodziły się w głowach pracowników Starej Rzeźni oraz naszych partnerów. Sukcesem okazała się kolejna Szajowa Niedziela połączona z prezentacją nowych, niepublikowanych wcześniej dzieł znakomitej szczecińskiej pisarki. Razem z Filipinkami jesienią wspominaliśmy działalność najstarszego, szczecińskiego (i polskiego) girlsbandu, który w latach 60 podbijał nie tylko Polskę i Europę, ale i cały świat. Powodzeniem cieszył się Festiwal Kina Pozytywnego organizowany przez Stowarzyszenie in-tracktU, prezentacje Stowarzyszenia Kamera czy wracające do Starej Rzeźni Gwiezdne Wojny, które na dwa weekendy roku 2017 zawładnęły całą Łasztownią. Cykliczność tych wydarzeń sprzyja budowaniu trwałych marek – przekonaliśmy się o tym organizując kolejny raz Dni Ulicy Zbożowej, które może nie błyszczały tak jasno jak rok wcześniej ze względu na The Tall Ship Races oraz Festiwal Pyromagic, ale podtrzymały tradycje organizowania na Łasztowni cyklicznego święta, którego zadaniem jest pokazywanie potencjału tego miejsca. Podczas zlotu żaglowców byliśmy bardzo aktywni – a po wydarzeniu Stara Rzeźnia wydała

Wykłady i spotkania autorskie, Kubryk Literacki działający w Starej Rzeźni jest prawdziwym aktywizatorem rozmaitych spotkań autorskich i literackich. Wielkim zainteresowaniem cieszyły się spotkania z kpt. Włodzimierzem Grycnerem, Michałem Rembasem, Andrzejem Kraśnickim, Romanem Czejarkiem, Aleksandrem Dobą oraz innymi pisarzami ze Szczecina i okolic. Mieszkańcy miasta przyzwyczaili się do tego, że co miesiąc znajdą w Starej Rzeźni ciekawe spotkania, których renoma i wolny dostęp przyciągają coraz szersze grono odbiorców. Prof. Jacek Rudnicki gromadzi pełną salę ludzi, którzy słuchają jego prezentacji. Coach Małgorzata Krawczak dopiero rozpoczyna swój cykl, a już ma na koncie kilkadziesiąt osób, które słuchało jej porad. Naszymi gośćmi byli prof. Aneta Zelek, prof. Stanisław Flejterski oraz prof. Leszek Balcerowicz – najwybitniejsze nazwiska świata ekonomii. Bardzo cenimy także współprace ze Stowarzyszeniem Progressum Moniki Dyker-Wożniak.

„Niepodległość na Maszt – 11 listopada”, to wydarzenie wyróżniamy w podsumowaniu roku szczególnie. Dlaczego? Bo to pierwszy tak wielki projekt, którego finansowanie to wsparcie Miasta Szczecin i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Złożyło się na niego kilka dni – na Łasztowni więc Niepodległość była kultywowana w tym roku szerzej niż w latach minionych, a opinia gości o naszej imprezie każe nam podejrzewać, że była to jedna z najbardziej spektakularnych inicjatyw w Szczecinie w tym roku. Koncerty Stanisława Soyki i projektu PUSZ, koncert Sedinum Chamber Orchestra, warsztaty dla dzieci, śpiewanie „Hymny do Bałtyku” czy kolejne odsłonięcie tablic dla kapitanów na Skwerze Kapitanów, to tylko niektóre wydarzenia, które warto wspomnieć.

Taki był rok 2017. Rok 2018 będzie miejmy nadzieje jeszcze ciekawszy i bardziej spektakularny. Dziękujemy, że jesteście z nami!

Kapitan Grycner to wielki przyjaciel Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia. Od wielu miesięcy jest inicjatorem wielu pasjonujących wydarzeń. To jego pomysłem było także powstanie Skweru Kapitanów na Łasztowni. Portalowi Moja Łasztownia opowiedział o tym, jak wygląda jego działanie, co ma jeszcze w planach i jak ważna dla środowiska Kapitanów Żeglugi Wielkiej jest Stara Rzeźnia. Wspomnienia kapitana Włodzimierza Grycnera spisał Michał Kaczmarek.

– Moje drogi z Łasztownią rozpoczęły się od spotkania z Prezes Laurą Hołowacz, która poprosiła Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej i Ligę Morską o napisanie listu intencyjnego w sprawie terenów inwestycyjnych po drugiej stronie Odry. Jako Wiceprezes Ligi Morskiej i Rzecznej zaangażowałem się we współpracę i zaczęliśmy zbierać podpisy pod listem, który napisałem. Zdobyłem 14 pieczątek poparcia wszystkich znaczących organizacji morskiej by ochronić zabytki Łasztowni i rewitalizować tę przestrzeń. Pani Laura zrobiła piękną Starą Rzeźnię. Została masa rzeczy do zrobienia i kapitanom też zależy by je wyremontować i pokazać. To musi być w starym dobrym stylu, nie chcemy kolejnych osiedli mieszkaniowych, to musi być historyczny ciąg zabudowy. Od tego się zaczęło, ale inicjatyw było coraz więcej. Wystosowałem prośbę do Pani Laury by otworzyć Galerię Kapitanów. Powstała Mesa Kapitańska, a w niej na ścianach najwięksi kapitanowie, którzy tworzyli szkolnictwo morskie w Szczecinie. Ledóchowski, Maciejewicz, a następnie odsłoniliśmy na tej ścianie portret Kapitana Żeglugi Wielkiej Zbigniewa Szymańskiego – mówi portalowi Moja Łasztownia kpt. Włodzimierz Grycner.

Uroczystości kapitańskie organizowane w Starej Rzeźni przez Klub Kapitanów przyciągały dziesiątki osób; żeglarzy, rodziny marynarzy i kapitanów, a także pasjonatów żeglarstwa uradowanych tym, że kultura marynistyczna w mieście znów ma swoją przestrzeń. Inicjatywy kapitana Włodzimierza Grycnera zbiegały się w czasie z 70-leciem Edukacji Morskiej na Pomorzu Zachodnim. Szkolnictwo Morskie to duma Szczecina: – Nagle zjawiła się następna inicjatywa. Powstał Skwer Kapitanów. Piękny Skwer na Łasztowni przy Starej Rzeźni. Miałem przyjemność odsłaniać razem z rektorem Akademii Morskiej kapitanów. Wspaniała historia i pokazanie tego, co nasze miasto ma najpiękniejsze jeżeli chodzi o kulturę morską. Tablice, drzwi PŻM, kotwica, to wszystko wyglądało coraz ładniej i pokazywało morskość Szczecina. W maju tego roku Pani Laura powiedziała, że Galeria Kapitanów powinna być osadzona na takich stojakach wbitych w ziemię. I tak zawisnęli na takich tablicach słynni kapitanowie. Ci najbardziej legendarni. Siadłem nad tym, ułożyłem te tablice i tak po dwóch miesiącach były one już gotowe – mówi Kapitan Grycner.

Które elementy wprowadzone do dyskursu i do tożsamości Szczecina naszego rozmówcę napawają największą dumą? – Wszystko jest bardzo ważne i z każdego działania jestem bardzo dumny. Najważniejszy jest jednak Skwer Kapitanów i tablice. Jak w maju postawiliśmy sześć kolejnych tablic to pojawiły się inicjatywy by na tym skwerze działo się jeszcze więcej. To nas jednoczy jako marynarzy, wodniaków, ludzi zrzeszonych w kulturze morskiej. Ludzie czytają, robią sobie zdjęcia, nawet wesela przyjeżdżały żeby zrobić sobie zdjęcia tutaj, coś cudownego. Skwer kapitanów pięknie wygląda i uczy szkolnictwa morskiego. Pani Laura powiedziała mi jakiś czas temu: Panie Kapitanie, mamy już trochę tablic, trzeba kontynuować edukowanie, a stojaki są puste. Trzeba zrobić kolejne tablice i tak społeczni zrobiliśmy sześć tablic, ale nie o osobach nieżywych, a o kapitanach, którzy żyją, uczą i dają świadectwo tego jak wspaniały jest morski Szczecin. Nie bójmy się honorować żywych, bo to oni opowiadają nam o morzu – dodaje Kapitan Grycner.

Pierwsza i przez długie lata jedyna Polka, która dowodziła statkami. Ponad trzydzieści lat spędziła na morzu, przez siedemnaście dowodziła statkami. To ona utorowała dziewczętom drogę do szkół morskich a potem na statki.

W dekadach lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była znana na całym świecie. Wzbudzała podziw i sensację. W Singapurze dostała 500 orchidei, w Nowym Orleanie symboliczne klucze do miasta. Na Kubie oddano na jej cześć honorowy salut armatni. W Hawanie była honorowym gościem karnawału. W plebiscycie z okazji XXV-lecia PŻM zdobyła piąte miejsce. Wybrano ją Szczecinianką Roku 1966. Wystąpiła przed dwudziestoma największymi telewizjami świata, gościła na okładkach światowych gazet. Udzieliła setki wywiadów. Fotoreporterzy zrobili jej tysiące zdjęć. Na jej cześć pisano wiersze, fraszki, piosenki. Z najdalszych zakątków świata nadchodziły listy, często zaadresowane tylko tak: Kapitan Kobylińska – Walas, Polska. Trafiały pod szczeciński adres, bo przez wiele lat mieszkała w Szczecinie.

– Wykonywałam tylko swoje obowiązki – mówi pani Danuta – No, ale byłam ta pierwsza, ta jedyna, więc zrobiono ze mnie gwiazdę. Dziś, z tego co wiem, kilka Polek dowodzi statkami a co najmniej dwadzieścia ma kapitańskie dyplomy. I nikt nie patrzy na to w kategoriach sensacji. Nie stara się je zniechęcić. Mnie wszelkimi sposobami zniechęcano i przekonywano, że kobieta –marynarz, kobieta – oficer czy kobieta –kapitan to coś absolutnie niemożliwego do zrealizowania. Dostałam zdrowo w kość, ale to mnie tylko hartowało, uczyło odpowiedzialności i pokonywania kolejnych przeszkód. Zanim ustawiono mnie w świetle jupiterów i spadły na mnie te wszystkie zaszczyty, poznałam smak goryczy, upokorzeń, uporu połączonego z determinacją. Poznałam cenę realizacji marzeń. Ciągle musiałam udowadniać, że nie jestem gorsza od mężczyzn. A potem będąc już kapitanem ciągle miałam świadomość, że jeśli statek będzie miał awarię, kolizję, to nie powiedzą, że zdarzył się wypadek morski, tylko skomentują, że nie ma się co dziwić, skoro babę zrobiono kapitanem. Wielu mężczyznom trudno było się pogodzić, że kobieta nie tylko sięgnęła po „ich” zawód, w dodatku wykonywała go dobrze. A ja chciałam, aby kobiety mogły pływać na statkach nie tylko jako stewardesy. Nie płeć powinna być decydująca przy wyborze zawodu, a predyspozycje. Wiedza, umiejętności, pewne cechy charakteru, a przede wszystkim miłość do morza.

Była szczęśliwym kapitanem. Wielokrotnie mówiono o niej „lucky master”. Ci, którzy z nią pływali mówią, że to nie tylko kwestia szczęścia, a niezwykłej sumienności i perfekcji z jaką podchodziła do zawodu.

Szczęśliwe dzieciństwo spędziła w majątku ziemskim w Kozietułach. Gospodarzem był dziadek, ojciec mamy Jan Marcin Leszczyński.

– Mama Maria, studiowała w SGGW w Warszawie, a potem w Paryżu – opowiada. – Tam poznał ją mój ojciec, Bronisław Kobyliński, kapitan Wojska Polskiego. W Kozietułach wzięli ślub. Na świat przyszła moja starsza siostra Teresa, a potem ja. Sielankę przerwała wojna. Majątek najpierw zajęli Niemcy, a potem Rosjanie. Musieliśmy uciekać. Z rodzicami i siostrą zamieszkaliśmy w Kamieniu Pomorskim.

Jesienią, w czterdziestym piątym w Dziwnowie po raz pierwszy zobaczyła morze. Od razu skojarzyło się z przygodą, wolnością. Przypomniała sobie wspomnienia ojca z rejsu, który odbył w młodości na angielskim parowcu. We wspomnieniach często do niego wracał, miał album pełen widokówek z egzotycznych portów. Po jakimś czasie zapisała się na kurs żeglarski w Trzebieży. To z tamtego okresu pochodzi przydomek „Żaba”, jakim często nazywają ją przyjaciele.

– Przylgnął do mnie, gdy miałam kilkanaście lat – śmieje się. – Świetnie pływałam żabką, miałam zielony kostium kąpielowy a w harcerstwie prowadziłam zastęp „Żabki”. No, aż się prosiło żebym została „Żabą”.

Gdy pierwszy raz pod żaglami wypłynęła na morze, wiedziała, że to jest to. Postanowiła zostać marynarzem. Jej podania o przyjęcie do Szkoły Morskiej odrzucano. Pracowała na portowym holowniku jako chłopiec okrętowy. Obstukiwała rdzę, malowała burty, obierała ziemniaki. Spała w magazynku na śmierdzących szmatach i linach. Wielokrotnie, często na gapę, jeździła pociągiem do Warszawy, do ministerstwa. Prosiła urzędników o zgodę, przekonywała. W odpowiedzi słyszała drwiny, wyrazy współczucia i czasem niewybredne epitety. Aż w końcu jej upór zwyciężył. Dostała się do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Ukończyła ją w 1951 roku. Radość trwała krótko. Jak jej wielu kolegów, ze względu na pochodzenie nie otrzymała prawa pływania. O pracy w biurze nawet nie chciała myśleć, wróciła na portowe holowniki, pływała też na stateczku pasażerskim „Panna wodna” i cały czas starała się o zgodę na pływanie na morskim statku. Znowu jeździła do Warszawy. Któregoś razu minister podpowiedział, by wyszła za mąż, argumentował, że samotna kobieta na statku oznacza kłopoty.

– I tak zostałam żoną Czesia Walasa, który od dawna był moim cichym, zakochanym adoratorem – opowiada. – Był bosmanem i rozumiał moją pasję. Powiedział, że ożeni się ze mną, skoro ma mi to pomóc. A skoro go nie kocham, to może to być małżeństwo fikcyjne. Usłyszałam największą deklarację przyjaźni i oddania. Pokochałam go po ślubie. Był wspaniałym mężem, ojcem, przyjacielem. Pływaliśmy razem na tych samych statkach. W rejsy często zabieraliśmy syna Konrada, dziś jest kapitanem. Po dwudziestu trzech latach małżeństwa Czesław zginął tragicznie w czasie polowania na kaczki. To był straszny cios, z trudem się po nim podniosłam…

W czasie kolejnej wizyty w ministerstwie wreszcie dostała zgodę na pływanie. Był rok 1956. W PŻM usłyszała, że ma zamustrować jako asystent pokładowy na parowiec „Wrocław”. Szła ulicą i zanosiła się płaczem. Z radości. Nie mogła uwierzyć, że po pięciu latach próśb, oczekiwań nareszcie na prawdziwym statku popłynie w świat.

Szlify III i II oficera otrzymała na parowcu „Szczecin”. W 1961 roku na motorowcu „San” została chiefem. W dwa lata później z wyróżnieniem zdała egzamin i otrzymała dyplom kapitana żeglugi wielkiej. Wtedy z dumą mówiono o jej niezwykłej pracowitości, doskonałym przygotowaniu i niespotykanym uporze.

Był rok 1964. Na dziesięciotysięczniku „Kopalnia Wujek” była pierwszym oficerem. Zachorował kapitan i trzeba go było zostawić w szpitalu, w angielskim porcie. Dowództwo statku, na polecenie dyrekcji PŻM, powierzono Danucie Kobylińskiej- Walas. Doprowadziła statek do szczecińskiego portu i od razu pojawiły się głosy, aby wracała na swoje miejsce czyli na stanowisko I oficera.

Ryszard Karger, ówczesny dyrektor PŻM tak o tym opowiadał: „Nie zgodziłem się na to. Powiedziałem, że pani Kobylińska –Walas jest kapitanem i będzie pływać jako kapitan. Byłem dumny, że mamy w przedsiębiorstwie kobietę – kapitana. dobrego czasem okazało się, że bardzo dobrego kapitana. W czasie siedemnastu lat kapitaństwa nie miała żadnej awarii rzucającej cień na jej karierę zawodową. A w środowisku marynarskim zaczęto zazdrościć jej sławy i profesjonalizmu. Niektórzy nawet złośliwie mówili, że statkiem dowodzi jej mąż, który też miał dyplom kapitana, a ona jest tylko maskotką. Oczywiście to nieprawda. Ona ciężko pracowała na swoją pozycję.”

Słynęła z twardej ręki i wyznawania zasady, że mój statek świadczy o mnie. Wymagała profesjonalizmu, rygorystycznie wymagała dbałości o czystość. Wieszała firanki, obrazki, ustawiała kwiaty. Gdy słyszała sarkania pytała: „A dlaczego na statku ma być brudno i szaro? Przecież przez kilka miesięcy to nasze miejsce pracy i nasz dom”. Jednocześnie dbała o ciepłą, rodzinną atmosferę na statku, rozrywki, urozmaicone jedzenie. Często sama wpadała do statkowej kuchni, aby coś podpowiedzieć, a nawet przygotować. Interesowała się rodzinami swoich załóg. Kiedy trzeba było pomagała, na przykład zdobyć trudno osiągalne lekarstwa. Bardzo serdecznie zajęła się dziewczynką najciężej ranną w słynnej w Szczecinie katastrofie czołgu. Ci, którzy znają panią kapitan podkreślają, że zawsze była wrażliwa na ludzką krzywdę, nie potrafiła przejść obojętnie obok kogoś, kto potrzebował pomocy…

– Pamiętam mądre słowa mojego ojca, który dał mi radę na całe życie. Mówił tak: „Jeśli chcesz być szczęśliwa, to w ambicjach i dążeniach patrz na tych, którzy osiągnęli więcej i ucz się od nich. Natomiast w żądaniach i oczekiwaniach patrz w dół, na tych, którym żyje się gorzej od ciebie”. Serce boli, gdy przypomnę sobie, że ten wspaniały człowiek, przedwojenny oficer, po wojnie został zdegradowany z pracownika umysłowego do portiera. Wypisywał przepustki w stoczniowej portierni.

W Bułgarii nadzorowała budowę statku „Kołobrzeg II”, w Niemczech – masowca „Budowlany”. Najdłużej pływała na 15-tysięczniku „Bieszczady”. Największy statek jakim dowodziła, to   52-tysięcznik „Uniwersytet Toruński”. Gdy na niego mustrowała stał w balaście na redzie Portu Północnego w Gdańsku. Była zima, zacinał śnieg, motorówka skakała na fali. Na pokładzie załoga obserwowała jak pani kapitan da radę skoczyć z motorówki na sztormtrap a potem pokonać kilkanaście metrów wspinaczki. Dała radę, ale i tak nie brakowało takich, którzy zapowiedzieli, że z „babą nie popłyną”. Popłynęli.

W ciągu siedemnastu lat dowodzenia statkami nie brakowało dramatycznych chwil, godzin pełnych napięcia, nieprzespanych nocy. Przyznaje, że przejmowała się tym bardziej niż inni kapitanowie.

– Wielu osobom się wydawało, że moje pływanie było tylko kolorową przygodą, nieustającym festynem popularności. A to była ciężka, odpowiedzialna praca. W dodatku nie mogłam sobie pozwolić na potknięcie, wiedziałam z jakim trudem zdobyłam prawo do pływania, awansowania. Jak trudna była moja droga na kapitański mostek. Rachunek za lata na morzu, za stres wystawiło mi zdrowie. Zaczęło poważnie szwankować. Musiałam zrezygnować z pływania.

Obawiała się życia na lądzie, ale ucieszyła się, gdy na początku lat osiemdziesiątych zaproponowano jej przedstawicielstwo polskich firm żeglugowych w Tunezji. Była tam sześć lat. W kraju, w którym kobieta niewiele znaczy ją darzono wielkim szacunkiem i uznaniem. Imponowała wiedzą, energią, niekonwencjonalnym działaniem, znajomością języków. Arabskiego też się nauczyła. Nie było dla niej spraw niemożliwych do załatwienia.   Nazywano ją Madame Commandante.

To między innymi dzięki pani kapitan Polska Żegluga Bałtycka na pięć sezonów wyczarterowała Tunezji cztery swoje promy. Co w rezultacie bardzo poprawiło, bardzo trudną wówczas sytuację firmy, w dużym stopniu spowodowaną wprowadzonym w Polsce w 1981 roku stanem wojennym.

Na początku lat osiemdziesiątych pani kapitan spotkała Edmunda Waydę, byłego wieloletniego dyrektora Operetki Szczecińskiej, śpiewaka, aktora. Byli razem Tunezji. W 1988 roku w Warszawie wzięli ślub.

– Przed laty oklaskiwałam go na Potulickiej w „Krainie uśmiechu”, w „My Fair Lady”, ale nie przypuszczałam, że kiedyś zejdą się nasze drogi, że będziemy razem tak szczęśliwi. Przytrafiła nam się piękna miłość w jesieni życia. Kiedyś na morzu bezbłędnie odróżniałam wiejącą „szóstkę” od „siódemki”, a dzięki Edziowi nauczyłam się nie gorzej odróżniać arie operetkowe. W naszym domu, tak w Hanowerze, jak i w Warszawie niepodzielnie królowała muzyka. Byliśmy razem prawie trzy dekady. Od 2010 roku jestem wdową. Uczę się trudnej sztuki przemijania, ale nie roztkliwiam się, nie smęcę. We wspomnieniach przywołuję tylko miłe chwile. Ale dosyć wspomnień, opowiem ci dowcip…

Zawsze słynęła z ogromnego poczucia humoru, z dystansu do siebie i z dowcipów, którymi sypie jak z rękawa…

KRYSTYNA POHL

W 1997 roku ukazała się jedyna biografia kapitan Danuty Kobylińskiej –Walas, zatytułowana „Pierwsza po Bogu”. Napisał ją kpt. ż. w. Eugeniusz Daszkowski.

11 listopada, 2017 roku na Skwerze Kapitanów przy „Starej Rzeźni”, na Łasztowni w Szczecinie wnuczka Magda Skrzyńska (córka kpt. Konrada Walasa, syna pani kapitan) odsłoniła tablicę przypominającą postać Danuty Kobylińskiej-Walas. To jedna z 12 znajdujących się tam tablic poświęconych kapitanom, i tym żyjącym, i tym którzy odeszli na wieczną wachtę.