– To był 636 dzień mojego rejsu. Ostatni – mówi żeglarz Grzegorz Węgrzyn. – Ze statku, który zabrał mnie na pokład zrobiłem ostatnie zdjęcie mojej „Reginy R.” Ze złamanym masztem, dziurawą burtą dryfowała po oceanie… (milknie, stara się opanować wzruszenie).  – Dla każdego żeglarza to straszny moment, gdy musi opuścić i zostawić swoją jednostkę na pastwę morskiego żywiołu. A przecież nie tak miało być…  Ten jacht to był cały mój majątek, moje marzenia, całe moje życie…

Rozmawiamy w kilkanaście dni po powrocie żeglarza do kraju. W Jacht Klubie AZS zobaczyłam kartkę z informacją, że żeglarz Grzegorz Węgrzyn poszukuje pracy. Podejmie ją na jachcie lub żaglowcu.

Zanim wrócimy do dramatycznego finału przypominam sobie  początek rejsu, uroczyste  pożegnanie żeglarza przy Wałach Chrobrego w Szczecinie, w czerwcu 2015 roku. Uczestniczyli w nim jego przyjaciele, sympatycy wyprawy, szczecińscy żeglarze.  Na pokładzie jachtu ksiądz Stanisław Flis odprawił mszę.

62-letni wówczas Grzegorz Węgrzyn z Gryfina mówił, że chce opłynąć świat w ciągu 300 dni, bez zawijania do portów, no chyba, że będzie tego wymagała wyjątkowa sytuacja. Trasa z grubsza miała wyglądać tak: Cieśniny Duńskie, kanał La Manche, Atlantyk, Ocean Indyjski, kierunek Australia, Nowa Zelandia, przylądek Horn, ponownie Atlantyk, Morze Północne, Bałtyk i Szczecin.

Przyznał, że o takim samotnym rejsie marzył od młodzieńczych lat. Przygotowania do realizacji tych marzeń rozpoczął dopiero wtedy, gdy przeszedł na emeryturę. „Nareszcie miałem czas, bo wcześniej wiadomo praca, rodzina, różne obowiązki”. Przed startem powiedział: „Żeglarstwo uprawiam od 1976 roku, ale jest to mój pierwszy samotny rejs. Czuję respekt, ale nie boję się, bo strach jest złym doradcą. Nie chcę być pyszałkiem, ale jestem dobrze przygotowany. Wiem, że nie uchronię się od niespodzianek, ale nie chcę myśleć destrukcyjnie”.

Kupił solidny, stalowy, 11-metrowy jacht zbudowany w Hamburgu. Nazwał go „Regina R.”.  „To imię mojej babci Reginy Rybickiej – wyjaśniał. – To ona zaszczepiła we mnie ciekawość świata, zamiłowanie do przyrody, podróży.   Jej portret i dziadzia Mirosława zawiesiłem w kabinie jachtu”.

Na jacht załadował tonę wody, 600 litrów paliwa, cztery butle z gazem, narzędzia, apteczkę, trochę książek, odzieży i prawie 300 kg prowiantu, głównie konserw, kaszy, ryżu, makaronu, trochę dań liofilizowanych.

Patronat nad wyprawą objęły: Polska Żegluga Morska, Akademia Morska w Szczecinie, Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni – wylicza. – Otrzymałem mapy, pomoce nawigacyjne, wydawnictwa. Niestety, w ostatniej chwili, tuż przed rejsem wycofało się kilka firm, które obiecywały finansowe  wsparcie. W efekcie zabrakło mi pieniędzy na telefon satelitarny, samoster, baterie słoneczne. Ale, postanowiłem, że płynę, bo  przecież kiedyś nie było takich urządzeń, a żeglarze świat opływali. Przygotowania i wyposażenie jachtu pochłonęły mnóstwo pieniędzy, wszystkie moje oszczędności. Jachtowa kasa była prawie pusta.

Wszyscy bardzo trzymaliśmy kciuki za wyprawę Węgrzyna. Był pierwszym polskim żeglarzem, który  swój samotny,   wokółziemski rejs  rozpoczynał w Szczecinie. A w historii polskiego jachtingu drugim żeglarzem, który w samotny rejs wokół globu wyruszał z polskiego portu. Pierwszym był Henryk Jaskuła , który na jachcie  „Dar Przemyśla” w 1979 roku wypłynął z Gdyni.

Jaskuła zawsze mi imponował – przyznaje. – To pierwszy Polak i trzeci żeglarz na świecie, który samotnie bez zawijania do portów opłynął  świat, w dodatku na drewnianym jachcie. Zajęło mu to 344 dni.  Pamiętam potem nagonkę na niego i insynuacje, jakoby świata nie opłynął, a zaszył się gdzieś na Atlantyku. To było bardzo przykre. On napisał wtedy dwa tomy „Obrony koniecznej” przytaczając fakty  ze swojego rejsu. Wzorem żeglarskiego samotnika jest też dla mnie Leonid Teliga.  Pierwszy Polak, który samotnie pokonał Atlantyk i pierwszy, który  samotnie opłynął świat. To były lata 1967-69.  On co prawda zawijał do portów, jego rejs trwał dwa lata i kilkanaście dni, ale płynął na skromnym, drewnianym jachcie „Opty”, a w końcowym etapie rejsu zmagał się z ciężką chorobą.

Początek rejsu „Reginy R.” przebiegał bez problemów.  Dopiero po silnych atlantyckich sztormach pojawiły się pierwsze kłopoty.  Jacht był  jakieś tysiąc mil na południe od Wysp Zielonego Przylądka.

Awaria komputera pozbawiała mnie map i autopilota – opowiada Węgrzyn. – Musiałem  zawrócić i zawinąć do portu Praia na wyspie  Santiago w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka. O problemach poinformowałem maszoperię „Reginy R”, przyjaciół, na których zawsze mogłem i mogę liczyć. Przysłali niezbędne części, paczka wędrowała prawie miesiąc. Żeby bezczynnie nie siedzieć i trochę zarobić pracowałem z rybakami. Potem przyplątała się choroba. W końcu uporałem się z naprawami i po prawie trzech miesiącach postoju ruszyłem dalej.

– Kolejny bardzo silny sztorm dopadł mnie na Oceanie Indyjskim. Tydzień się z nim zmagałem.  I znowu awaria, tym razem olinowania. Musiałem wejść do portu Simonstown pod Kapsztadem. I znowu  z pomocą przyszła maszoperia. Ale też bardzo, bardzo pomogła mi tamtejsza  Polonia  i żeglarze niemalże z całego świata, którzy cumowali w marinie. Mogłem kupić liny, a przede wszystkim prowiant.  Miałem postój gratis, mogłem wyciągnąć jacht, wyczyścić kadłub. Po miesiącu opuściłem gościnny port. Już wiadomo było, że nie będzie to rejs non –stop. Przed opuszczeniem RPA od jednej z Polek usłyszałem, że jej syn mieszka w Australii, w Melbourne i serdecznie mnie zaprasza.  Miałem też zaproszenie z Perth.  Ale zanim tam dotarłem nieźle dostałem w kość na Oceanie Indyjskim.  Miałem szesnaście silnych sztormów. To opóźniło moje dotarcie do Australii i stąd te niepokojące wieści o moim zaginięciu na oceanie. Ale też faktem jest, że przestałem się spieszyć i między sztormami cieszyłem się urodą oceanu. Jest coś fascynującego w samotnej żegludze. Człowiek jest sam z bezkresem oceanu. A ten  potrafi być niewiarygodnie piękny.

– W  Australii mój rejs wywołał duże zainteresowanie, byłem wzruszony komitetami powitalnymi. Spotkałem się z ogromną życzliwością ze strony tamtejszej Polonii i żeglarzy w marinach. Brać żeglarska na całym świecie jest taka sama, zawsze ciekawa, zawsze  chętna do pomocy. Ale nie chciałem jej nadużywać. Poprosiłem Konsulat RP w Sydney o pożyczkę. Pani konsul odpowiedziała, że żadnej pożyczki nie będzie, a jak nie mam pieniędzy, to mogę sprzedać jacht i wracać do kraju samolotem. Urzędnicy na całym świecie też są tacy sami. Kochają mówić – nie. Ale mimo wszystko pobyt w Australii był wspaniały i długo będę go pamiętał, udało mi się też sporo zobaczyć.

–   Potem była Nowa Zelandia, ale mam niemiłe wspomnienia i nic nie będę mówił. Byłem tam króciutko i 18 marca, 2017 roku popłynąłem dalej. Kierowałem się na Horn. Cały czas było sztormowo.

Był  na Pacyfiku, jakieś 1200 mil morskich od wybrzeży Nowej Zelandii, gdy coś niedobrego zaczęło dziać się z jachtem.  Gdy wiatr się uspokoił, zszedł pod wodę, by sprawdzić co się stało ze sterem. Steru nie było. Odpadł. Węgrzyn był załamany. Za pomocą radioboi EPIRB wezwał pomoc. Sygnał odebrały nowozelandzkie służby ratownictwa morskiego. Wysłały samolot „Orion”. Odnalazł dryfujący jacht.

– Nawiązaliśmy łączność – opowiada Węgrzyn. – Wyjaśniłem jaką mam usterkę. Usłyszałem, że za dwa dni przypłynie holownik i odholuje mnie do portu. Tymczasem następnego dnia pojawił się duży  handlowy  statek, 200 metrów długości, 70 tys. DWT o nazwie „Key Opus”. Był najbliżej.  Usiłował wziąć mnie na hol, ale robił to tak nieudolnie, że staranował jacht, złamał  maszt i przedziurawił burtę.   Odciąłem hol i w dryfie odpłynąłem. Statek cały czas był w pobliżu. Całą noc czuwałem licząc, że jednak przypłynie holownik i otrzymam fachową pomoc. Rano widzę, że jest duży przeciek na prawej burcie. Jacht nabierał wody. Odpaliłem rakietę. Sytuacja z awaryjnej stała się tragiczna.  Jestem gotowy do ewakuacji, gdy ponownie nadlatuje samolot „Orion”, tym razem z żeglarzem, Kaziem Jasicą na pokładzie. Poznałem go w Nowej Zelandii. Przekonuje mnie, że mam zostawić jacht i przejść na pokład statku. Jest mi strasznie ciężko, ale sam już to wiem. Wiem, że nie ma ratunku dla  „Reginy R.”, że muszę się ratować, a ją zostawić na pastwę oceanu.  Dociera do mnie, że to nieodwracalny  koniec mojego wokółziemskiego rejsu. Bolesne, przygnębiające uczucie.  Jestem przekonany, że gdyby przypłynął z pomocą holownik, to jacht znalazłby się w którymś z nowozelandzkich portów, zrobiłbym remont i  kontynuowałbym rejs.

Po ponad dwóch tygodniach „Key Opus” przypłynął z rozbitkiem do Chile. Grzegorz Węgrzyn na początku maja samolotem wrócił do kraju. Ma do zapłacenia ponad 500 dolarów za pobyt  na statku (taki rachunek wystawił kapitan)  i dziesięć tysięcy złotych za bilet lotniczy.

Pytam czy myśli o ponownym rejsie wokół globu.

To nie czas na takie myślenia i plany – odpowiada. – Teraz dla mnie najważniejszą sprawą jest znalezienie pracy, stąd ta wywieszona kartka  i oddanie długów. Nie mogę cały czas korzystać z pomocy nawet najbardziej  życzliwych  mi ludzi.

KRYSTYNA POHL

Przed dwoma laty, w maju 2015 roku Rada Miasta Szczecin, na wniosek pani Laury Hołowacz, nadała sporemu placowi sąsiadującemu ze Starą Rzeźnią nazwę Skwer Kapitanów. Fundacja Moja Łasztownia, zaproszająca w kilka miesięcy później na uroczystość odsłonięcia tablicy upamiętniającej tą decyzję zadeklarowała, że Stara Rzeźnia jest i pozostanie macierzystą przystanią dla wszystkich sympatyków i ludzi morza, a kapitanowie, tak profesjonalni marynarze i rybacy, jak amatorzy żeglarze, będą w niej zawsze honorowymi gośćmi.

O tym, że tak się stało świadczy równieź uroczyste i wzruszające spotkanie w dniu 23 maja br. zorganizowane w ramach trwajacych właśnie obchodów 70-lecia szkolnictwa morskiego w Szczecinie. Inicjatorem uroczystego odsłonięcia trzeciego już portretu w powstającej Galerii Kapitanów w Mesie Kapitańskiej Starej Rzeźni oraz sześciu tablic upamiętniających zasłużonych marynarzy i żeglarzy na Skwerze Kapitanów, był kpt.ż.w. Włodzimierz Grycner, a gospodynią i sponsorem całego wydarzenia pani Laura Hołowacz.

W obecności władz Akademii Morskiej, licznie przybyłych kapitanów i starszych mechaników – absolwentów szkolnictwa morskiego, kapitanów jachtowych oraz sympatyków morza, odsłonięcia zdjęcia portretowego kpt.ż.w. Zbigniewa Stefana Szymańskiego – byłego dyrektora PSM, dokonała jego córka, pani Marina Szymańska Zalewska. Obok umieszczone są już fotografie sławnych kapitanów: Konstantego Matyjewicza Maciejewicza oraz Antonlego Ledóchowskiego. Z okazji uroczystego spotkania skorzystali także starsi mechanicy, by wręczyć jego inicjatorowi – kpt. Włodzimierzowi Grycnerowi – odznakę 35-lecia Stowarzyszenia Starszych Oficerów Mechaników Morskich.

Dalszy ciąg wzruszającej uroczystości, przy pięknej wiosennej pogodzie, odbywał się już na Skwerze Kapitanów. Tutaj, na wydzielonej części placu, nastąpiło uroczyste odsłonięcie dużych tablic pamiątkowych opisujących dokonania trzech kapitanów wcześniej uhonorowanych portretami w Mesie Kapitańskiej, kpt.ż.w. Andrzeja Huzy oraz jachtowych kapitanów żeglugi wielkiej Kazimierza „Kuby” Jaworskiego i Ludomira „Ludojada” Mączki.

Odsłonięcia tablic kapitanów Konstantego Maciejewicza, Antoniego Ledóchowskiego, Zbigniewa Szymańskiego i Andrzeja Huzy dokonali członkowie ich rodzin oraz kpt. Włodzimierz Grycner, Kazimierza Jaworskiego – jego małżonka Elżbieta Jaworska, a Ludomira Mączki – kpt. Janusz Charkiewicz, szef Komisji Historycznej ZOZŻ. Laudacje dla kapitanów jachtowych wygłosił dr Zbigniew Zalewski, prezes Zachodniopomorskiego Olręgowego Związku Żeglarskiego, długoletni wykładowca Akademii Morskiej.

Spotkanie, na zaproszenie pani Laury Hołowacz, zakończyło się towarzyskimi rozmowami w letnim ogródku przy Skwerze Kapitanów.

Zygmunt Kowalski

ZOBACZ GALERIĘ Z WYDARZENIA

WS1

Dzięki zaakceptowanej przez Sejmik Polskiego Związku Żeglarskiego inicjatywie Koła Seniorów PZŻ, w październiku ubiegłego roku w Gdyni, na statku-muzeum „Dar Pomorza”, odbyła się po raz pierwszy ogólnopolska uroczystość uhonorowania kilkudziesięciu jachtowych kapitanów żeglugi wielkiej, mających za sobą 50-letni, a wówczas w większości przypadków nawet dłuższy, okres posiadania najwyższych uprawnień żeglarskich. Podczas tamtej uroczystości ( patrz: http://mojalasztownia.pl/20141030/?p=5243 ) powołana została Kapituła 50-lecia Kapitanów Jachtowych, z zadaniem dbania o to, by każdego roku uhonorować osiągających półwieczny staż kapitański.

WS2

W sobotę, 12 bm w Szczecinie, w gościnnej „Tawernie pod Zardzewiałą Kotwicą” odbyła się uroczystość 50-lecia kapitaństwa pięciu jachtowych kapitanów żeglugi wielkiej, którzy patent kapitański uzyskali w roku 1965: Krzysztofa Baranowskiego, Wojciecha Jacobsona, Jerzego Karpińskiego, Eugeniusza Ryżewskiego oraz Tadeusza Szostaka. Niestety, z uwagi na stan zdrowia, kpt. Tadeusz Szostak z Warszawy nie mógł w niej uczestniczyć.

SAM_2681 SAM_2709

Do Szczecina, poza obchodzącym swój złoty jubileusz kapitaństwa Krzysztofem Baranowskim, z Warszawy na uroczystość przyjechali kapitanowie Maciej Leśny – wiceprezes PZŻ d.s. morskich, Krzysztof Jaworski – prezes Koła Seniorów PZŻ, Andrzej Rościszewski – kanclerz Kapituły 50-lecia Kapitanów Jachtowych, z Trójmiasta – Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Wacław Liskiewicz i Jacek Forembski, z Poznania Maciej Olszewski, a z Kołobrzegu Maciej Padjas. Licznie przybyli również szczecińscy kapitanowie jachtowi, obecni byli członkowie Mesy Szczecińskiej Kaprów Polskich, przyjaciele i sympatycy bohaterów uroczystości.

JCh1

Wszystkich przybyłych powitał Zbigniew Zalewski, prezes Zachodniopomorskiego Związku Żeglarskiego, a uroczystości przewodniczył kpt. Andrzej Rościszewski, prezes Kapituły. Minutą ciszy uczczono kapitanów, którzy w minionym roku odeszli na wieczną wachtę. Przed wręczeniem jubilatom pamiątkowych dyplomów, laudacje na ich cześć wygłosili koledzy – jachtowi kapitanowie żeglugi wielkiej. Żeglarski i zawodowy dorobek Krzysztofa Baranowskiego w wielkim skrócie przybliżył Maciej Leśny, Wojciecha Jacobsona – Krzysztof Jaworski, Jerzego Karpińskiego – autor tej relacji, a Eugeniusza Ryżewskiego – Witold Zdrojewski. W wielkim skrócie, gdyż jakże inaczej w kilkuminutowym wystąpieniu opowiedzieć o wydarzeniach i dokonaniach, jakie miały miejsce na przestrzeni półwiecza, często w niezwykłych okolicznościach, w miejscach odległych o wiele tysięcy mil morskich. Mówiąc dokonaniach jubilatów, dotykamy przecież ważnych fragmentów historii polskiego żeglarstwa morskiego.

SAM_2685

Krzysztof Baranowski kojarzy się m.in. z takimi wydarzeniami jak: rejs jachtu „Śmiały” wokół Ameryki Południowej, dwoma samotnymi rejsami wokółziemskimi – na „Polonezie” i „Lady B”, doprowadzeniem do wybudowania żaglowców „Pogoria” i „Fryderyk Chopin”, „Szkołą pod Żaglami”, dalekimi wyprawami żeglarskimi, wieloma świetnymi książkami i filmami jego autorstwa.

P1250351

Wojciech Jacobson – ma za sobą ponad 260 tysięcy mil morskich przepłyniętych po uzyskaniu patentu kapitańskiego. Uczestniczył w pierwszym etapie wokółziemskiej wyprawy „Marii” Ludomira Mączki, prowadził jacht „Vagabound’ex” z Brestu do Vancouver, pokonał arktyczne North-West Passage, ma za sobą także lata żeglowania na kanadyjskim żaglowcu „Concordia” oraz na „Pogorii”.

P1250354

Jerzy Karpiński – na różnych jachtach prowadził dziesiątki rejsów po Bałtyku i Morzu Północnym, w tym blisko trzydzieści rejsłów na przez siebie zaprojektowanym, a następnie zbudowanym w przydomowym ogródku 7,5-metrowym jachcie „Malajka”. W latach 1965 – 1980 odnosił liczne regatowe sukcesy na jachtach klasy „Star”, „Dragon” i „Soling”, przez ponad dwa dziesięciolecia był bardzo zaangażowany w działalność społeczną w Okręgowym Związku Żeglarskim oraz macierzystym klubie (SJKM LOK), z którym jest związany od roku 1951. Jest autorem 13 filmów dokumentujących różne rejsy na „Malajce”.

P1250358

Eugeniusz Ryżewski – z żeglarstwem, a tym samym z macierzystym JK AZS związany od roku 1950. Przed uzyskaniem patentu kapitańskiego był uczestnikiem kilku dalekich wypraw morskich, w tym: na jachcie „Witeź II” w roku 1960 uczestniczył w ponad miesięcznym rejsie bez paszportów, (zatem bez prawa zawijania do obcych portów), podczas którego żeglarze dotarli do północnego krańca Zatoki Botnickiej. Już jako kapitan, w latach 1965 – 1984 prowadził rejsy bałtyckie oraz na Morze Północne. Na klubowych jachtach „Swantewid” oraz „Dal II” z powodzeniem startował w Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski, regatach Międzynarodowego Tygodnia Zatoki Gdańskiej, Międzynarodowych Regatach o Puchar Gryfa Pomorskiego i Ostseewoche.

SAM_2712

Ważnym uzupełnieniem wygłoszonych laudacji były: zaprezentowany przez kpt. Krzysztofa Baranowskiego jego krótki film nagrany na żaglowcu w trakcie silnego sztormu na oceanie, przygotowana przez kpt. Wojciecha Jacobsona projekcja zdjęć wykonanych w różnych miejscach na kuli ziemskiej w trakcie wielu dalekich wypraw żeglarskich oraz relacja filmowa kpt. Jerzego Karpińskiego z jego pierwszego rejsu „Malajką” na Morze Alandzkie.

SAM_2700

Korzystając z obecności tak licznie zebranych uczestników jubileuszowego spotkania prezes Zbigniew Zalewski wręczył kpt. Wojciechowi Jacobsonowi oraz gospodyni spotkania pani Aleksandrze (Oli) Kocewicz Medale Pamiątkowe 70 Lat Żeglarstwa Polskiego na Pomorzu Zachodnim przyznane przez Zarząd ZOZŻ.

SAM_2714

Sympatyczna, a zarazem podniosła uroczystość zakończyła się wspólnym obiadem, podczas którego kontynuowano koleżeńskie rozmowy o latach spędzonych pod żaglami, o wydarzeniach, które składają się na piękną historię morskiego żeglarstwa w Polsce.

Tekst: Zygmunt Kowalski

Zdjęcia: Janusz Charkiewicz, Krzysztof Jaworski, Zdzisław Kilarski, Zygmunt Kowalski i Wiesław Seidler

W jubileuszowym roku 90-lecia Polskiego Związku Żeglarskiego, w sobotę 25 października br na pokładzie cumującej w Basenie Prezydenta w Gdyni fregaty “Dar Pomorza” odbyło się uroczyste ogólnopolskie spotkanie seniorów – jachtowych kapitanów żeglugi wielkiej. Spotkanie stało się okazją do uhonorowania blisko czterdziestki zaproszonych na  nie pań i panów kapitanów z 50-letnim i dłuższym stażem kapitańskim dyplomami honorowymi 90-lecia Polskiego Związku Żeglarskiego, przyznanymi w uznaniu zasług dla społeczności żeglarskiej.

Zupełnie  przypadkowo wpadła mi w ręce kopia starej, przedwojennej widokówki. Ten  biały, dwukominowy parowiec na pierwszym planie nic mi nie mówił. Moją uwagę  zwrócił doskonale widoczny na dalszym planie budynek nie istniejącej  rzeźni miejskiej. To dawna obora kupiona w zeszłym roku przez szczecińską spółkę spedycyjną CSL i obecnie remontowana. Odnawiany budynek  równie doskonale dziś widać z Wałów Chrobrego.

Szukając czegoś w swoim dziennikarskim archiwum natrafiłam na tę kopertę z pocztówką w środku. Została wysłana z wyspy Robinsona Crusoe. Korespondencja pochodzi od  kapitana Macieja Krzeptowskiego, który  w lipcu 2000 roku był na tej wyspie. Przypłynął tam wraz z Ludomirem Mączką na „Marii”, która odbywała drugą wokółziemską podróż.

Szczecinianin. Żeglarz. Od kilkunastu lat projektuje i buduje jachty dla odbiorców na całym świecie. Organizuje ciekawe regaty na oceanach i morzach. Z pasją fotografuje i obserwuje niebo, bo fascynują go gwiazdy zmienne. A jednocześnie człowiek niezwykle skromny, dżentelmen w każdym calu. Postać pod wieloma względami  niezwykła, nie tylko w polskim żeglarstwie.  Lubię z nim rozmawiać, bo wie więcej, spogląda dalej. W życiu ceni przede wszystkim konsekwencję i lojalność.

Jego mistrzem, żeglarskim guru był znany szczeciński żeglarz, regatowiec Jerzy Siudy. Razem pracowali przy jachtach, razem żeglowali. Tak go Andrzej Armiński  wspomina:

– Najwyższej klasy profesjonalista z charyzmą. Zawsze postępujący fair. Rzetelny do bólu. Od niego wiele się nauczyłem, ukształtował mnie jako człowieka i żeglarza. Jawi mi się jako biała, nieskazitelna i twarda zarazem pozytywna postać z westernu. Bohater.  A właściwie reżyser, u którego wszystko było zaplanowane… 

Morzem i żeglarstwem interesował się już w szkole podstawowej. A jako licealista marzył o projektowaniu i budowie jachtów. Nie przeszkadzało, że mieszkał daleko od morskiego brzegu, bo w Bydgoszczy, a pierwsze  żeglarskie doświadczenia zdobywał na pobliskim  Zalewie Koronowskim. Młodzieńcze fascynacje tłumaczy tak:

– W czasach mojej młodości, która przypadła na lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte zeszłego wieku, nie było tak trudno  „zachorować” na morze.  Regularnie ukazywały się kolejne tomiki Miniatur Morskich,  w kioskach był doskonały miesięcznik „Morze” i „Tygodnik Morski” z zadaniami nawigacyjnymi do rozwiązania. Wychodziła cała seria książek poświęconych słynnym żeglarzom.  To wszystko rozpalało wyobraźnię, rodziło coraz śmielsze marzenia. Żeglarstwo dawało możliwość wyrwania się w świat, możliwość  zwiedzanie innych krajów.

Wybrał Politechnikę Gdańską i Instytut Okrętowy. Tematem pracy dyplomowej  były badania modelowe płetw jachtu „Cetus” budowanego na Admiral`s Cup 1979.  Po studiach został zatrudniony  w Stoczni Szczecińskiej.  Mówi, że to zasługa projektanta Jerzego Piskorza-Nałęckiego, który ściągnął do Szczecina kilku absolwentów gdańskiej uczelni. Był rok 1979. Stocznia budowała wówczas promy, między innymi słynny „Georg Ots” na olimpiadę w Moskwie. Budowała statki-szpitale, statki naukowo-badawcze.

– Trafiłem do działu obliczeń okrętowych, współpracowałem z Markiem Nowakiem, słynnym potem projektantem kontenerowców. Ciekawe były te stoczniowe budowy, ale mnie ciągnęło do jachtów. W połowie lat osiemdziesiątych zostawiłem stocznię.

Podjął współpracę z Morską Stocznią Jachtową im. Leonida Teligi, gdzie jeszcze w czasie studiów odbywał praktykę.  Tam według jego projektów stocznia zbudowała ponad 40 jachtów  regatowych typu minitoner Opty-71. Większość była przeznaczona dla ówczesnego ZSRR.  Razem z Ryszardem Partyckiem zaprojektował  jachty wielokadłubowe: trimaran „Almatur 2” i katamaran „Almatur 3”, a z Jerzym Rozmiarkiem – jacht „Polarka” dla czeskiego żeglarza Rudy Krautschneidera. Natomiast we Włoszech, razem ze szczecińskimi żeglarzami: Kubą Jaworskim i Jerzym Siudym projektował jacht IOR maxi na regaty Whitbread.  Jednocześnie cały czas doskonalił żeglarskie umiejętności. W 1985 roku otrzymał patent jachtowego kapitana żeglugi wielkiej.

Startował w różnych regatach, m.in. w Mistrzostwach Świata IOR w klasie minitoner na Jeziorze Bodeńskim (1981 r.) i w Sardynia Cup 1982.  W roku następnym płynął jako nawigator  na jachcie „Cetus”, który pod dowództwem  Jerzego Siudego wygrał Morskie Żeglarskie Mistrzostwa Polski. W 1985 roku płynął w dziewiczym rejsie katamaranu „Almatur 3”. Jednostka dowodzona przez Wojciecha Kaliskiego pobiła rekord trasy Świnoujście – Gdynia.

Pierwszy własny jacht zbudował w drugiej połowie lat 80. Był to niewielki Cruiser 22 (6,6 m długości) o nazwie „Mantra”. Pływał nim kilka sezonów po Morzu Śródziemnym odwiedzając porty w Jugosławii, Grecji, Turcji, Izraelu, na Cyprze. Na początku lat 90. w wynajętej stodole pod Szczecinem  zbudował stalową, prawie 10-metrową „Mantrę 2” Na tym jachcie po raz pierwszy przepłynął Atlantyk. Wziął udział w słynnych regatach America 500. Zorganizowała je londyńska  firma Word Cruising Ltd. założona przez  dziennikarza i żeglarza, Jimmy Cornell`a.   Odbywały się one w 1992 roku, w pięćsetną rocznicę pierwszej podróży Krzysztofa Kolumba  do Nowego Świata.  W regatach, tą samą co on, historyczną trasą pożeglowały 142 jachty z 26 państw. „Mantra 2” była jedynym jachtem z Polski.

– Wtedy, w czasie tamtych regat, poznałem tak naprawdę smak żeglarstwa, to nieporównywalne, wszechogarniające uczucie wolności. Bo żeglarstwo to właśnie wolność. Z moją „Mantrą” znalazłem się wśród ponad 140  różnych jachtów, dużych, bogatych. Byłem w światowym środowisku żeglarskim. Zająłem  drugie miejsce  w swojej klasie. Od tamtego czasu nie mam żadnych kompleksów. Jestem  dumny, że jako jedyny żeglarz z Polski uczestniczyłem w tych regatach.  W Las Palmas, na Wyspach Kanaryjskich jest tablica upamiętniająca regaty America 500. Są nazwy uczestniczących w nich jachtów i narodowości żeglarzy. Jest „Mantra 2” i Polonia.

Po tych regatach długo żeglował, w końcu jacht sprzedał i wrócił do kraju.  Był rok 1994.  Od razu wziął się  za projekt i  budowę kolejnego jachtu „Mantra 3”. Przy jego tworzeniu wykorzystał zdobyte w rejsach doświadczenia żeglarza i konstruktora.  Kontynuowana nazwa „Mantra” nie jest przypadkowa. Bo mantra to  wedyjski hymn i modlitwa, to  formuła magiczna i rytualne zaklęcie. To jądro medytacji, uważa Andrzej Armiński.

W budowie „Mantry 3” utopił wszystkie oszczędności. Ale nie było to ważne, bo realizował kolejne marzenie – udział w wokółziemskich regatach. Nowy jacht miał prawie 13 m długości i kadłub nowoczesnej, nietypowej konstrukcji.  Aby uzyskać dużą sztywność i małą wagę  został wykonany  najpierw  z  listew  z lekkiego drewna, które następnie  zewnątrz i wewnątrz pokryto laminatem  epoksydowo-szklanym. W środku były trzy kabiny z dwuosobowymi kojami, obszerna mesa, kambuz, dwie łazienki. Budowa tego jachtu, w szopie  wynajętej pod Szczecinem, trwała 15 miesięcy.

Regaty The EXPO`98 Round the World Rally organizowała   ta sama londyńska firma World Cruising Ltd., która przygotowała transatlantyckie  regaty America 500.

Zaczynały się w lutym 1997 roku na Florydzie i kończyły w maju 1998 roku w Lizbonie, która była gospodarzem światowej wystawy EXPO `98.  Określano je mianem największych w historii żeglarstwa. Uczestniczyły w nich 54 jachty z 16 państw („Mantra 3” była jedyną jednostką z Polski). Rozegrano 17 wyścigów na łącznej trasie 27 tysięcy  mil morskich. Regaty od momentu rozpoczęcia  do mety w Lizbonie trwały 17 miesięcy. Trasa wiodła z Florydy przez Kanał Panamski do Ekwadoru, następnie Galapagos, Markizy, Tahiti, do północnej Australii. Bali,  Wyspy Kokosowe, Mauritius, Kapsztad, Rio de Janeiro, Wyspy Zielonego Przylądka, Azory, Lizbona.

 „Mantra 3” wypłynęła ze Szczecina w lipcu 1996 roku. Pierwszy turystyczny etap wiódł przez porty europejskie. Potem były Wyspy Kanaryjskie, przeskok przez Atlantyk, Małe Antyle i Floryda. Pierwszy etap regat zakończył się na Jamajce. „Mantra 3” była pierwsza w klasie C i piąta w klasyfikacji ogólnej.

Drugi etap był trudny ze względu na ciężkie warunki pogodowe (wiał wiatr z szybkością ponad 100 km na godzinę). Jacht dotarł na metę z uszkodzonym sterem. Z różnymi uszkodzeniami borykało się wiele jednostek.  Trzeci etap  to już Ocean Spokojny z metą  w porcie  Salinas w Ekwadorze. „Mantra 3” wygrała go w klasyfikacji ogólnej. Czwarty etap (meta w Galapagos) zakończyła jako czwarta.  W piątym etapie, najdłuższym (Galapagos –Markizy, 3200 mil morskich) dopływa jako pierwsza w klasyfikacji ogólnej.  W kolejnym etapie była czwarta. A w przerwie regat EXPO`98 wzięła udział w lokalnym, corocznym polinezyjskim wyścigu na odcinku 15 mil morskich.  „Mantra 3” wygrała go.  W kolejnym etapie regat (Bora Bora –Tonga) jacht przypływa na metę jako drugi.  Potem w dwóch wyścigach jest czwarty, a po etapie Port Vila – Cairns w Australii plasuje się na  trzecim miejscu w klasyfikacji ogólnej i na pierwszym w klasie C i… wycofuje się z dalszego  udziału w regatach (sierpień, 1997 rok). Przyczyna? Bolesna i prozaiczna zarazem. Andrzej Armiński nie miał pieniędzy na opłacenie wpisowego, które pozwalałoby mu na  uczestnictwo w kolejnych etapach regat. A była to kwota kilkunastu tysięcy dolarów.  Do tego doszły też problemy z kompletowaniem  załogi, która zmieniała się na kolejnych etapach. Dotychczasowe koszty pokrywał z własnych pieniędzy oraz  ze środków otrzymanych od sponsorów szczecińskich oraz środowisk  polonijnych w USA.

Wycofał się z regat, ale nie z żeglowania. Kontynuuje, już na własną rękę, indywidualnie   wokółziemski rejs płynąc przez Wyspy Oceanii, Ocean Indyjski, Morze Czerwone, Kanał Sueski, Morze Śródziemne do Lizbony (gdzie zamknął wokółziemską pętlę). Do Szczecina przypłynął 22 czerwca 1998 roku.

W sumie ten rejs wokół globu trwał 22 miesiące, jacht przebył  34 625 mil morskich, odwiedził prawie  300 portów i przystani w 42 krajach. W Polsce środowisko żeglarskie doceniło Andrzeja Armińskiego. Został laureatem I Nagrody Honorowej Rejs Roku, uznano go Żeglarzem Roku 1998, uhonorowano Srebrnym Sekstantem. A on sam przyznał, że ten prawie dwuletni rejs był jego najwspanialszą przygodą. Z regat i wokółziemskiego rejsu pisał bardzo ciekawe reportaże, które drukował nie istniejący już miesięcznik „Morze”.

 „…O piętnastej czterdzieści pięć na „Mantrze 3” pęka z hukiem węglowy trzon sterowy (…) Na miejscu w Colon zlecam wykonanie nowego steru z dostawą  do Balboa. Rysunki zacząłem robić jeszcze w morzu. Jeśli nie zdążymy zamontować steru przed startem do następnego wyścigu wypadamy z regat. (…) Dociera do mariny nowy ster o ciężkim, stalowym trzonie. Instalujemy go bez wyciągania jachtu z wody. Nie jest to łatwe zadanie. Do startu, do trzeciego wyścigu, zostały dwie godziny. Uff, co za ulga, nie wypadniemy z regat. Jacht jest znowu w pełni sprawny…”

 „…Z nadzieją oczekujemy na ogłoszenie wyników  regat (…) Wreszcie są.  Na samej górze „Mantra 3”. W trzecim wyścigu pierwsze miejsce (…). Na wycieczkę w Andy wyruszamy w znakomitym nastroju…”

 „…Conflict Group to nazwa sporych rozmiarów atolu. Władają nim tylko żółwie, które składają jaja na piaszczystych wysepkach, i rekiny.  Przez kilka dni mamy cały atol, z dziesiątkami kilometrami raf, tylko dla siebie. Nie widać nawet śladu człowieka, ani łodzi na horyzoncie…”

Armiński wrócił, jak zwykle, z głową  pełną nowych pomysłów, z energią do działania. Od razu założył pod miastem firmę  Projektowanie i Budowa Jachtów.  – W czasie tego mojego wokółziemskiego rejsu byłem w prawie trzystu różnych portach i przystaniach,  i wszystkie porównywałem do Szczecina. Zastanawiałem się jakie rozwiązania i pomysły tam zauważone można byłoby zastosować u nas. Przecież Szczecin ma wodę w zasięgu ręki, a woda to wielki potencjał, daje ogromne możliwości inwestycji, rozwoju. A stocznię założyłem, bo chciałem zrobić  coś dla naszego środowiska żeglarskiego, no i dla siebie. Po takim rejsie, takich przeżyciach trudno jest potem znaleźć miejsce na lądzie, pomysł na ciekawe życie. Mnie się udało, połączyłem pasję z pracą.

W dwa lata później przeniósł  swoją stocznię  z szopy  na portowe nabrzeże w Szczecinie. Dziś zatrudnia kilkadziesiąt osób i buduje ciekawe jednostki. Powstało ich ponad sto. Wśród nich są jachty duże i małe, turystyczne i sportowe, są kolejne modele „Mantr”,  są jachty jedno – i wielokadłubowe i jest …oceaniczny kajak.  Specjalnością stoczni stały się  luksusowe  katamarany budowane dla klientów na całym świecie.  Katamarany ze Szczecina można  spotkać w Anglii i we Włoszech, w Australii i Hongkongu, w USA i na Karaibach, w Holandii i w Hiszpanii.

–   Coraz więcej żeglarzy docenia komfort i wygodę. A katamaran oferuje zwiększoną wygodę żeglugi i dużą przestrzeń. Jest stabilny, komfortowy i szybki. To sprawia, że mimo wysokiej ceny rośnie zainteresowanie katamaranami.

Niestety, są też minusy bycia konstruktorem i przedsiębiorcą. Kierowanie tak dużą firmą jest  absorbujące i czasochłonne. Nie można już sobie pozwolić na długie żeglarskie wyprawy. Ale można je umożliwić innym. Tak pomyślał i tak też zrobił.  W 2005 roku wymyślił i zorganizował Kobiece Regaty Dookoła Świata. Pomysł okazał się wielkim wydarzeniem żeglarskim.

Wzięło w nich udział 15 polskich żeglarek. Ścigały się parami  na dwóch 8,5-metrowych  jachtach klasy „Mantra 28” . Trasa regat została podzielona  na 19 etapów, każdy o długości od  kilkuset do kilku tysięcy mil morskich.  Regaty rozpoczęły się w Słowenii 25 września, 2005 roku, a zakończyły 24 marca, 2007 roku, po pokonaniu czterech oceanów, na Karaibach ( St. Lucia). Sprawdziły się żeglarki, dzielnością morską wykazały jachty.  Całe to bardzo trudne, nie tylko pod względem logistycznym, przedsięwzięcie zakończyło się ogromnym sukcesem. Kobiece Regaty Dookoła Świata trwały dwa lata i zostały nagrodzone Honorową Nagrodą Polskiego Związku Żeglarskiego Rejs Roku 2007.

25 maja, 2007 roku na terenie Campingu Marina w Szczecinie odbyła się uroczystość zakończenia Kobiecych Regat  Dookoła Świata. O swoich rejsach, ilustrowanych zdjęciami opowiedziały między innymi żeglarki:  Asia Pajkowska, Ola Peszkowska, Joanna Rączka i Marta Sziłąjtis –Obiegło.

Kapitan Armiński pytany, dlaczego postawił na kobiety, odpowiadał: – Są niezwykle odpowiedzialne, konsekwentne i inteligentne. Imponuje mi ich odwaga i determinacja. Cechy te predysponują je  do odnoszenia sukcesów w wielu dziedzinach, w tym w żeglarstwie morskim.  Prowadząc z nimi rejs mam pewność, że doprowadzimy go do końca i zakończymy sukcesem.     

Andrzej Armiński bardzo nie lubi, gdy nazywa się go sponsorem. Wyjaśnia: – Sponsor, to ktoś kto wykłada kasę i nic więcej go nie obchodzi. Chyba, że promocja. Ja natomiast byłem uczestnikiem każdego z tych rejsów. Odbywały się one na jachtach, które zaprojektowałem, zbudowałem, były moją własnością. Ustaliłem trasę najciekawszą, najbardziej bezpieczną, bo zależało mi na tym, aby żeglarki sprawnie płynęły i bezpiecznie wróciły do domów. Opracowałem całą logistykę, od zaopatrzenia w żywność, części zamienne,  po przeloty samolotami.  Zawsze byłem w kontakcie z żeglarkami. Spotykałem się z nimi w  kilkunastu portach na trasie regat.     

W tych regatach brała też udział znana żeglarka Joanna Pajkowska.  Razem z Karoliną  Bratek płynęły na jachcie „Mantra Asia” przez Ocean Indyjski,  z Australii do Afryki Południowej. Po  ukończeniu regat zapowiedziała, że  chciałaby odbyć samotny rejs  wokół globu bez zawijania do portów. Stwierdziła, że dość ma  oglądania palm i pięknych zakątków i teraz chciałaby przeżyć coś czysto żeglarskiego.

– Powiedziała i popłynęła – mówi Armiński. – Gdy pytała mnie co o tym sądzę, zaakceptowałem jej pomysł. Rozumiem ją, aczkolwiek ja nie lubię samotnych rejsów.  Świat jest zbyt piękny, by oglądać go samemu, trzeba się dzielić wrażeniami.

Na jachcie „Mantra Asia” opłynęła świat w ciągu 198 dni, wliczając krótki postój w Port Elizabeth. Rejs rozpoczął się 24 czerwca 2008 roku w porcie Colon w Panamie, a zakończył 8 stycznia 2009 roku w tym samym porcie.   Pobiła polski rekord, który należał do Henryka Jaskuły. W latach 1979-1980 na jachcie „Dar Przemyśla” okrążył  samotnie świat w ciągu 344 dni bez zawijania do portów.

Z kolei na bliźniaczym jachcie „Mantra Ania” popłynęła w samotny rejs 23-letnia wówczas kapitan  Marta Sziłajtis-Obiegło (wcześniej na tym  samym jachcie też uczestniczyła w  Kobiecych Regatach Dookoła Świata). Rejs rozpoczął się  w kwietniu 2008 roku  w Puerto la Cruz w Wenezueli i zakończył w tym samym porcie  w kwietniu 2009 roku. Trwał  358 dni. Żeglarka była najmłodszą Polką, która tego dokonała. Przepłynęła 25 tysięcy mil morskich, odwiedziła 19 portów  w 11 krajach.

– Jacht spisał się rewelacyjnie – powiedziała po powrocie. –  Nie ma wątpliwości, że pan Andrzej robi bardzo dobre jachty. Niech o tym świadczy chociażby fakt, że „Mantra Ania” okrążyła świat po raz drugi bez specjalnego serwisu. Naprawiałam tylko to, co sama zepsułam.

W sumie „Mantra Asia” i „Mantra Ania” w krótkim czasie, trzykrotnie okrążyły świat. Są to jedyne polskie jachty, które tego dokonały.

W roku 2013 w stoczni Andrzeja Armińskiego powstał piękny katamaran „Cabrio 2”.  Na nim  w tym samym roku startowała Joanna Pajkowska w Transatlantyckich Regatach Samotnych Żeglarzy OSTAR 2013. Była jedyną kobietą wśród startujących.  Zajęła siódme miejsce w klasyfikacji ogólnej i  drugie  w kategorii jednostek wielokadłubowych.

W tej stoczni  zaprojektowana i zbudowana została  też inna niezwykła jednostka. To oceaniczny kajak o nazwie „Olo”. Projekt pod kierownictwem Andrzeja Armińskiego (sfinansował budowę)  opracowali: Rafał Głodek, Michał Klimek i Radosław Zygmunt. Kadłub ma siedem metrów długości, metr szerokości. Wykonany został  z przekładkowego laminatu węglowo-aramidowego. Na pokładzie jest panel słoneczny ładujący akumulatory, w części dziobowej – kabina i miejsce na zapasy. Stateczność zapewniają specjalne pałąki. Jest też odsalarka i zbiornik na wodę słodką. Kajak ma też telefon satelitarny i urządzenia nawigacyjne.

Powstał w 2010 roku dla  znanego kajakarza Aleksandra Doby z Polic, który przepłynął nim Atlantyk w ciągu 99 dób, wykorzystując tylko siłę mięśni. Ramiona kajakarza wymachują wiosłem przez 10-12 godzin na dobę.   Przepłynął prawie 5400 km z  Dakaru w Senegalu do Brazylii.  Tym samym  jest pierwszym człowiekiem na świecie, który  samotnie przepłynął Atlantyk między kontynentami (Afryka – Ameryka Południowa).

– Atlantycką trasę  kajakową wybrałem wspólnie z Andrzejem Armińskim, który jest doświadczonym żeglarzem – mówi Aleksander Doba. –  Kierowaliśmy się przede wszystkim bezpieczeństwem.

fot. Karolina Krzemień

Po tej pierwszej transatlantyckiej wyprawie kajak „Olo” przy pomocy Andrzeja Armińskiego  został sprowadzony do Szczecina. W jego stoczni przeszedł remont i doposażenie. 5 października, 2013 roku Aleksander Doba wyruszył na swoim kajaku z Lizbony w kolejny rejs przez Atlantyk.  Strategiem wyprawy jest Andrzej Armiński.    Doba zaplanował nowy podbój oceanu. Przepłynięcie Atlantyku z Portugalii na Florydę (prawie 9 tysięcy km), czyli z Europy do Ameryki Północnej.  Po wielu przygodach, zmaganiach  z trudnymi warunkami pogodowymi, w marcu 2014 roku dopłynął do Bermudów. Przed majem br. zamierza dotrzeć na Florydę.

Andrzej Armiński śledzi wyprawę, pomaga i jak zwykle nie ustaje w realizacji innych, ciekawych pomysłów żeglarskich. Od ubiegłego roku organizuje w Szczecinie regaty w każdą środę. Mogą w nim startować  wszystkie jachty balastowe i to w jednej grupie.  Pozwala na to specjalny system przeliczania wyników korygujący po każdym wyścigu współczynniki przeliczeniowe uczestniczących w regatach jednostek.  Jest też organizatorem regat dla czołówki polskich i niemieckich jachtów morskich Mantra Cup, które odbędą się po raz pierwszy w tym roku, 6-8 czerwca w Dziwnowie.

Niewiele osób wie, że wielką pasją Andrzeja Armińskiego jest … astronomia, a konkretnie obserwacja gwiazd zmiennych. – To jedna z tych dziedzin, gdzie najłatwiej można prowadzić amatorską działalność o charakterze zbliżonym do naukowego – mówi. – Tych gwiazd jest bardzo dużo i nie są systematycznie obserwowane przez naukowców.  Jest więc obszar do działania dla amatorów. Wystarczy mieć teleskop, dobrą kamerę i dobrze opracowany program badawczy. Potem analizuje się wynik i pisze raporty.

Jest członkiem amerykańskiego stowarzyszenia AAVSO skupiającego obserwatorów gwiazd z całego świata. Należy również do szczecińskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii. A początek tej pasji, to lekcje  astronomii w szkole średniej w Bydgoszczy.

Bo zazwyczaj tak jest, że pasje rozbudzone w młodości towarzyszą nam w dorosłym życiu.

KRYSTYNA POHL 

Było ich 128, wybranych spośród 200 chętnych. To oni, oficerowie łącznikowi,  przez  cały czas towarzyszyli  załogom żaglowców i jachtów, które przypłynęły do Szczecina na finał The Tall Ships Races 2013.  Byli łącznikami między załogami a organizatorami. Byli informatorami, przewodnikami, pomocnikami, kumplami, przyjaciółmi. Zaraz po służbach mundurowych pierwsi wchodzili na pokłady żaglowców i jachtów, witali załogi w imieniu miasta i organizatorów.

Niemalże przez całą dobę byli do dyspozycji swoich podopiecznych, od czasu przybycia jednostki do Szczecina, aż do jej pożegnania. Ubrani w czerwone koszulki z napisami, czerwone czapki,  kamizelki wyróżniali się w tłumie. Służyli pomocą w sprawach codziennych (pomoc w zakupach, załatwianie leków, pokazywanie miasta),  jak i w tych nietypowych. O sobie mówią, że oficerowie łącznikowi, to ludzie od zadań specjalnych. Nie znają określeń: „to się nie uda”, „tego nie można załatwić”.

 

Na przykład była taka sytuacja. Do Warszawy przylecieli łotewscy żeglarze, którzy mieli   podmienić kolegów na jachcie „Spaniel”. Z lotniska jechali samochodem do Szczecina. Samochód zepsuł się niemalże w szczerym polu. Żeglarze zostawili samochód i dotarli do jakiegoś hoteliku, stamtąd  powiadomili kapitana. Od niego o całej sytuacji dowiedział się Radek Łosiewicz, zastępca szefa oficerów łącznikowych (na co dzień nauczyciel wychowania fizycznego i trener siatkarzy). Zaczął działać. Nie miał bezpośredniego połączenia z żeglarzami. Ale w Internecie  i „wykonując” kolejne telefony, zlokalizował najpierw ten hotelik, potem najbliższy zakład samochodowy. Jego właściciel zapewnił, że samochód ściągnie i naprawi. I tak się stało. Żeglarze następnego dnia dotarli do Szczecina.

O oficerach łącznikowych mówi się, że to profesjonaliści w każdym calu. Nie liczyli czasu, nie patrzyli na zmęczenie, nie oczekiwali żadnego wynagrodzenia. Swoją społeczną pracę traktowali jako przygodę, wyzwanie i chęć sprawienia, by żeglarze którzy przybyli do Szczecina byli zadowoleni i jak najlepiej wspominali swój pobyt w mieście.

Większość oficerów pełniła tę funkcje po raz pierwszy. Aczkolwiek Piotr Marski był oficerem łącznikowym już po raz 11. A pierwszy raz został  nim w  roku 2007. W czasie zeszłorocznego  finału regat opiekował się rosyjskim jachtem „Rus”.

Wiele osób, które zostały oficerami łącznikowymi,  decyzję podjęło mając w pamięci wrażenia ze zlotu żaglowców w Szczecinie w  2007 r.  Przyznają, że od tamtego czasu  marzyli o tej funkcji. 

Oficerowie łącznikowi byli w różnym wieku, od 19 do 65 lat. Prawie tyle samo mężczyzn co kobiet. Pochodzili z całej Polski, a także z zagranicy. Reprezentowali najróżniejsze  zawody: prawnicy, lekarze, pielęgniarki, nauczyciele, lektorzy języków obcych, przedsiębiorcy, naukowcy, studenci. Większość nie miała żadnego doświadczenia  żeglarskiego.

Podstawowym kryterium rekrutacji była dobra znajomość angielskiego i innych języków, odwaga, odpowiedzialność, kultura osobista, umiejętność radzenia sobie ze stresem, umiejętność rozwiązywania najróżniejszych  problemów  no i doskonała kondycja fizyczna. Dziennie każdy z nich pokonywał po kilka kilometrów. Żaglowce i jachty cumowały w różnych miejscach, czasem kilkakrotnie w ciągu dnia trzeba było je odwiedzać, być na odprawach.

Wszyscy oficerowie przed objęciem swoich funkcji odbyli specjalne szkolenia. Rekrutację i rozmowy kwalifikacyjne prowadziły m.in.  Beata Prell i Zofia Sadłowska.  Obie są głównymi specjalistami ds. wydarzeń  morskich w Centrum Żeglarskim.  Pracę w Urzędzie Miasta rozpoczęły w 2004 roku, czyli w momencie, gdy zaczęły się przygotowania do pierwszego zlotu żaglowców w Szczecinie, w 2007 roku. Właśnie ze względu na tę imprezę zgłosiły się do pracy. – Wybrała nas Mira Urbaniak – wspominają. – Przedtem było wiele rozmów sprawdzających, wiele zadań do wykonania.

Dziś mają za sobą udział w przygotowaniach  dwóch szczecińskich finałów regat, a także udział w organizacji ośmiu Zlotów Oldtimerów w Szczecinie, zlotu małych parowców, organizacji  Dni Morza, Dni Rzeki Odry. Opracowały też bardzo ciekawe programy morskiej edukacji dla młodzieży niepełnosprawnej. Kontynuują swoją pracę – pasję we wspomnianym szczecińskim Centrum Żeglarskim.

Z tej licznej rzeszy oficerów łącznikowych udało mi się porozmawiać z kilkunastoma.

Jan Piotrowski mieszka i pracuje w Anglii. W radiu usłyszał o naborze chętnych na oficerów łącznikowych. Zgłosił się natychmiast. Potem dolatywał samolotem na szkolenia. Opiekował się brytyjskim brygiem „Stavros S. Niarchos”. – To żaglowiec szkolny, służy przede wszystkim młodym ludziom. Piękna jednostka, fantastyczna 70-osobowa załoga, niezwykły kapitan, Irlandczyk.

Maciej Dygas (student Akademii Morskiej) pojechał specjalnie do Świnoujścia, by już tam przywitać swoją jednostkę. Załoga fińskiego jachtu „Helena” była zachwycona.

59-letni Andrzej Wiśniewski (pracownik marketingu) opiekował się rosyjskim jachtem „ Elena” z białoruską załogą. – Na dzień dobry powiedziałem, że będę dla nich ojcem, matką i w każdej sytuacji mogą na mnie liczyć. A oni od razu  poczęstowali śniadaniem.  Świetna załoga, bardzo zdyscyplinowana, wśród niej byli naukowcy, studenci. Bardzo dobrze  nam się współpracowało, zaprzyjaźniliśmy się. Ze względu na upał były to mordercze dni, straciłem pięć kilo, ale wspaniałe i niezapomniane.

Maciej Górski (zarządca nieruchomości) opiekował się żaglowcem „Kruzenshtern”. – Bardzo chciałem opiekować się właśnie tym żaglowcem i jestem szczęśliwy, że tak się stało. Kilkakrotnie go zwiedziłem, obejrzałem fascynujące muzeum. Poznałem fantastycznych żeglarzy, z wieloma nadal utrzymuję kontakt. Imponowali mi dyscypliną, dobrą znajomością angielskiego, szczególnie kadra oficerska. Ten żaglowiec był bardzo popularny, każdego dnia coś się na nim działo, więc pracy było sporo. W ciągu tych paru dni w Szczecinie przez jego pokład przewinęło się ponad 19 tysięcy osób.

Nie mniej popularny był  „Goetheborg”, największy na świecie drewniany żaglowiec.  Opiekowało się nim małżeństwo Magdalena (pracownik korporacji) i Witold  Sosnowscy (lektor j. angielskiego) oraz Sylwia Bąkowska (pracownik naukowy). Powitali go po staropolsku chlebem i solą. Byli dumni, że właśnie tak niezwykłą jednostką i jej załogą mogli się opiekować. Żaglowiec jest wierną repliką statku z XVII wieku. Ma ręcznie szyte żagle, liny konopne  smarowane żywicą sosnową, jej charakterystyczny zapach towarzyszył im cały czas. – Od załogi usłyszeliśmy mnóstwo historii o jednostce sprzed wieków i tej współczesnej, dostaliśmy płócienne stroje z epoki, poznaliśmy cieślę okrętowego, który po kapitanie był najważniejszą osobą na pokładzie.

Sylwia Bąkowska została zaproszono w rejs. Popłynęła ze Szczecina przez Visby aż do zatoki Botnickiej. 11 dni niezwykłej przygody. – Jest w tej jednostce coś magicznego, żal było ją opuszczać.

Ewa Puszkiewicz (żeglarka, urzędniczka) opiekowała się  „Darem Szczecina”. – Marzyłam o tym od 2007 roku.  Duma mnie rozpierała, że opiekuję się jednostką, która wygrała regaty. Poznałam wspaniałą załogę i kapitana Jerzego Szwocha. Wielka klasa, niezwykła osobowość. Bardzo mi się podobała, pielęgnowana od 1998 roku, więź „Daru Szczecina” z jednostką „Shabab Oman” z Omanu. Załogi odwiedzały się nawzajem.

Ulubionym żaglowcem szczecinian, czyli meksykańskim „Cuauhtemoc”, opiekował się Zbigniew Kowalski (doktorant ZUT). – Ujęła mnie niezwykła serdeczność 250-osobowej załogi, która jest jak jedna rodzina. Szczecinem i gościnnym przyjęciem byli zachwyceni. Zawsze powtarzali, że nigdzie ich tak nie witano. Nie chciałem, żeby ta przygoda się skończyła, więc  pojechałem za nimi  do Gdyni, bo tam mieli stać kilka dni. Przyjechałem i od kapitana usłyszałem, że  z nieba im spadam, bo jest wielki problem. Na gdyńskiej plaży pseudokibice ze Śląska pobili meksykańskich marynarzy. Byłem tłumaczem w komisariacie policji, w szpitalu. Robiłem wszystko, żeby jak najlepiej  pomóc. Udało się. A po wszystkim wzruszył mnie dowódca żaglowca. Otóż zostałem mianowany na ósmego kapitana. Na żaglowcu jest moja czapka z nazwiskiem, figuruję jako kapitan departamentu pomocy. Z wieloma członkami załogi jestem cały czas w kontakcie mailowym.

Kpt.ż.w. Edward Eliasz (przedsiębiorca) wraz z córką Elizą opiekowali się żaglowcem „Statsraad Lehmkuhl”. To zwycięzca ubiegłorocznych regat w klasie A. – Bardzo się ucieszyłem, gdy powierzono nam tę jednostkę, bo to przecież  siostrzany statek    „Daru Pomorza”. W przyszłym roku będzie obchodził stulecie.  A ja, jeszcze jako kadet i student PSM, pływałem na „Darze Pomorza”. Nasz norweski żaglowiec przywitaliśmy chlebem, solą i norweską flagą. Bardzo się to załodze podobało.

Marcin Przybysz (adwokat, nauczyciel akademicki) opiekował się żaglowcem  „Shabab Oman”. – Spodobała mi się załoga. Sympatyczni, serdeczni, bardzo otwarci ludzie. Żaglowiec jest flagowym okrętem marynarki wojennej Omanu. Jest też pływającą wystawą  poświęconą Omanowi, jego historii. Załogę bardzo interesował Szczecin. Byli zachwyceni zielenią, no i urodą Polek. Żeglarze pięknie się prezentowali w paradzie załóg. Szli z własną orkiestrą.  I byli bardzo dumni z nagrody Friendship Trophy, którą żaglowiec otrzymał w ubiegłorocznych regatach za „tworzenie klimatu dla międzynarodowego porozumienia”. Szkoda, że to był ostatni rejs pięknego żaglowca. Ma być teraz statkiem – muzeum.

Krzysztof Tarasiuk (aktor „Pleciugi”) parę lat temu został oficerem łącznikowym  rosyjskiego żaglowca  „Shtandardt”. Odbył na nim kilka rejsów, jest III oficerem. Na tym żaglowcu poznał dziewczynę, która jest członkiem załogi.  W 2013 roku, w duńskim porcie Aarhus, pierwszym na trasie regat, oświadczył się jej. Uroczystość odbyła się na pokładzie żaglowca „Shabab Oman”. Takie romantyczne historie też się zdarzają.

Wielu ubiegłorocznych oficerów łącznikowych już  myśli o tym, aby podobną funkcję pełnić w roku 2017, kiedy to ponownie Szczecin będzie gościł wielkie żaglowce.

KRYSTYNA POHL

Zdięcia: Mirosław Ciupiński, Zygmunt Kowalski, Weronika Łyczywek, Jacek Pawłowski

„Dla każdego żeglarza najtrudniejsze do pokonania są zawsze rafy  lądowe.  Później jest już tylko morze…” – Ludomir Mączka
„Dla każdego żeglarza najtrudniejsze do pokonania są zawsze rafy lądowe.
Później jest już tylko morze…” – Ludomir Mączka

Ludomir Mączka, przez przyjaciół zwany Ludkiem lub Ludojadem,  był żeglarzem szczęśliwym. Kilka dekad żeglował, opłynął świat. Dziesięć razy przepłynął Atlantyk, cztery razy Pacyfik, trzy razy Ocean Indyjski.  Odwiedził prawie wszystkie kontynenty,  był w najbardziej egzotycznych miejscach, wszędzie poznawał ciekawych, przyjaznych ludzi.

Lubił ludzi, lubił z nimi rozmawiać. Nie odpowiadało mu samotne żeglowanie, lubił mieć na jachcie towarzystwo. Miał taki zwyczaj. W portach brał bączek i płynął w odwiedziny  na inne jachty. Z każdym napotkanym żeglarzem pogadał, poopowiadał, posłuchał. Często zabierał z sobą książki na wymianę. Uwielbiał czytać.

Mira Urbaniak, żeglarka:  – Był guru żeglarzy, choć zwracano się do niego zwyczajnie,  Ludek. Podziwiano go za wierność idei swobodnego żeglowania, a za życzliwość i uwagę wobec ludzi otaczano szacunkiem i przyjaźnią. Był laureatem wielu nagród, ale nigdy nie zabiegał o zaszczyty. Zwykle powtarzał słowa jego ulubionego pisarza Josepha Conrada ze „Zwierciadła morza”: „… byli też kapitanowie, których sztuka polegała na unikaniu niebezpieczeństwa. Nie osiągnęli nic wielkiego, byli skromni, zdawali sobie sprawę ze swych możliwości. Jestem jednym z nich. Nigdy nie zrobiłem nic wielkiego…”

Z wykształcenia geolog, z wyboru żeglarz, z zamiłowania podróżnik. Stan posiadania: jacht „Maria”. Był człowiekiem niezwykłym, a jednocześnie  bardzo skromnym. Miał przyjaciół na całym świecie, specyficzną filozofię życia i specyficzne poczucie humoru zaprawione autoironią. Trafnie określił go jeden z żeglarzy” „Ludek, to polskie skrzyżowanie  Greka Zorby z Colas Breugnon”.

Kiedy, ileś lat temu, jako dziennikarka,  poznałam Ludomira Mączkę, powiedział krótko: „Mów mi po imieniu. Ludek jestem”.  A gdy usłyszał, że nie jestem żeglarką, podarował książeczkę swojego przyjaciela, żeglarza Rudy Krautschneidera zatytułowaną „Ludojad”. Napisał dedykację: „Krystyna, spróbuj żeglarstwa. Ludek Mączka”. I od razu opowiedział taką historię.

Durban w Południowej Afryce. Akurat „Marią” przypłynął z Australii.  W portowym barze siedzi  z przybyłym z Polski żeglarzem, Jurkiem Boehmem. „Gadamy, pijemy piwko. Jurek mówi, że  chciałby zobaczyć Wielką Rafę Koralową. To jego marzenie. A ja właśnie stamtąd wróciłem.  Ale mówię, że nie ma sprawy. Popłyniemy tam razem. Po dwóch miesiącach byliśmy w Australii.  Wtedy po raz pierwszy doznałem olśnienia, że jestem wolny, że świat stoi przede mną otworem, a ja mogę żeglować gdzie chcę. Cudowne uczucie.”

Ludek swoje żeglowanie rozpoczął na Odrze, we Wrocławiu, gdzie w 1946 roku przyjechał ze Lwowa i studiował geologię. Ale wcześniej, jeszcze we Lwowie jako nastolatek zaczytywał się w książkach podróżniczych. Marzył o przygodach, poznawaniu świata. Wybrał geologię, bo wierzył, że ten zawód zapewni mu podróże.

We Wrocławiu został członkiem Akademickiego Związku Żeglarskiego, żeglował po Odrze, a umiejętności doskonalił na obozach żeglarskich, m.in. w Trzebieży.

Wojciech Jacobson, żeglarz, przyjaciel, uczestnik wspólnych rejsów: – Poznaliśmy się w 1949 na takim obozie w Trzebieży. Już wtedy nazywano go Ludojadem. Imponował nam. Chodził  w wojskowych bluzach i znał się na broni. Zaprzyjaźniliśmy się. Gdy sześć lat później przeniósł się  na stałe do Szczecina,  zamieszkał u mnie na sublokatorce. Przyjechał z torbą i plecakiem. W środku były same książki i trochę ubrań. Zawsze dużo czytał i miał niezwykłą pamięć. Książki były ważne, ale nie przywiązywał wagi do  rzeczy materialnych ani do jedzenia. Najważniejsze, aby zawsze miał pod ręką czosnek i herbatę yerba mate.

Po raz pierwszy wyruszył na morze w 1953 roku. „Orionem” popłynęli do Ustki. Był wrzesień, wiało, kiwało. Ale to właśnie wtedy narodziło się marzenie o żeglowaniu po morzach i oceanach. Potem uczestniczył w rejsie „Zewu Morza” do Islandii.  W parę miesięcy później popłynął w pierwszy duży rejs.  Na „Witeziu II” do Islandii. Trwał miesiąc i wszystko go fascynowało, nawet pierwszy solidny sztorm. Potem przestrzegał, żeby nie przesadzać z tą miłością do morza, bo morza  nie można  kochać, ale trzeba się go bać. Bo jak nie ma przed nim lęku, to traci się instynkt samozachowawczy.   Powtarzał: „Morze jest wspaniałe, ale nie toleruje tandety  i robienia głupstw. Uczy szacunku, pokory i sumienności”.

Pytany o żeglarskie przygody, odpowiadał ze śmiechem: „Przygody ma się w młodości, potem  tylko nabiera się doświadczenia”.

Zanim został żeglarzem był geologiem. Dobrym geologiem. Kilka lat pracował na kontraktach w Mongolii i w Zambii, w Afryce.

Przysyłał piękne listy i czarno-białe zdjęcia, barwnie opisywał miejsca, w których był, ludzi, których spotykał – wspomina Wojciech Jacobson.

Wiele tych zdjęć i opisów Wojciech Jacobson i Maciej Krzeptowski wykorzystali potem w znakomitej książce- albumie,  którą razem napisali i zatytułowali „Mam na imię Ludomir”.

Między kontraktami mongolskim  i afrykańskim, Mączka brał udział  w naukowej wyprawie jachtu „Śmiały” do Ameryki Południowej.  Kapitanem był Bolesław Kowalski, Ludek – II oficerem. Rejs trwał 459 dni, przepłynęli prawie 23 tys. mil morskich, odwiedzili 31 portów w 14 krajach. Powrót jachtu do Szczecina  był wielkim wydarzeniem. Mimo fatalnej pogody (październik, 1966 r.) na Wałach Chrobrego był kilkutysięczny tłum szczecinian. Mączka był już wtedy popularnym i lubianym żeglarzem, stąd na transparentach widniały powitania: „AZS wita Ludka”, „Całujemy rączki Ludomira Mączki”, „100 lat dla Ludojada”.  Po tym rejsie Mączka został członkiem Bractwa Wybrzeża (cyfra 6). A chilijscy Bracia nadali mu przydomek Monje del Mar – Mnich Morski.

Z  czteroletniego  afrykańskiego kontraktu Ludek wrócił do kraju (1972 r.) ze znacznymi, jak na owe czasy pieniędzmi.  Zewsząd słyszał rady, że powinien kupić dom, samochód, założyć rodzinę. A on kupił „Marię”, bo zawsze marzył o własnym jachcie. Zamiast statecznego życia na lądzie wybrał morską włóczęgę. I powtarzał: „Od marzeń o domu na leśnej polanie, zachowaj mnie Panie”.

„Piękny, mahoniowy kecz zaprojektował Wacław Liskiewicz, a zbudował w Gdańsku solidnie, bo  dla siebie,  Jurek Mańkowski. „Maria” nigdy, nawet w najtrudniejszych warunkach, mnie nie zawiodła. Nazwę wymyślił Jurek, ja ją zostawiłem, bo zmiana przynosi pecha.”

Ten jacht stał się dla niego domem, wszystkim co posiadał. Nigdy nie założył rodziny. Rodziną  był dla niego cały świat.

W rok później, jako 47-latek wyruszył na „Marii” w swój  wielki wokółziemski rejs. Trwał 11 lat. Gdy w czasie rozmowy zapytałam Ludka  o pewne szczegóły dotyczące tego rejsu, odesłał mnie do Wojtka Jacobsona. „Zadzwoń do niego. On zbudzony nawet o północy powie ci wszystko o „Marii”, ma dokładną ewidencję tego i innych rejsów. Ja sam jak czegoś nie pamiętam, to nie kombinuję, dzwonię do Wojtka” . Jacobson rzeczywiście stał się najlepszym kronikarzem niezwykłego żeglarza i niezwykłego jachtu. Dzięki jego skrupulatności powstał   udokumentowany zapis żeglarskich wypraw Ludka. W swojej książce „Marią” do Peru” Jacobson opisał pierwszy etap 11-letniego rejsu.  W ten pierwszy etap wypłynęli „Marią” we trójkę: Ludek, Wojtek Jacobson i Jerzy Mańkowski.

Mańkowski wysiadł w Casablance, a my popłynęliśmy dalej, do Peru – opowiada Jacobson. – Na Wyspach Kanaryjskich dosiadł się  Andrzej Marczak, potem dowódca dużych żaglowców. Ja po kilkunastu miesiącach musiałem wracać , bo kończył się mój  bezpłatny urlop i tęskniłem za rodziną. Ludek popłynął dalej z nową załogą. Wśród niej był Antoni Pisz, który potem opisał ten etap rejsu w książce „Marią” przez Pacyfik”.

W  czasie 11-letniego rejsu jacht cumował w ponad 200 portach, w najbardziej egzotycznych miejscach świata.  Przez jego pokład przewinęło się 50 żeglarzy  z 12 państw. Mączka żeglował bez pośpiechu. Generalnie nie lubił żeglarskich wyczynów, bicia rekordów, ścigania się ani samotnej żeglugi. „Do niczego nie jest mi to potrzebne – powtarzał. –Lubię takie moje  spokojne żeglowanie i włóczenie się po świecie. Dla mnie pływanie nie jest sportem a prawdziwym życiem”.

Trafnie to ujął Andrzej Kumor: „Ludek nie szedł przez swój czas, on przezeń żeglował. Z gracją, niespiesznie, bez sztucznej pozy, z autentyczną pokorą, co jest cechą ludzi prawdziwie wielkich…”

Gdy po trzech latach żeglowania skończyły się pieniądze zarobione w Afryce, Ludek zaczął pracować w różnych portach.  Imał się najróżniejszych zajęć. Remontował jachty, naprawiał dachy,  grabił ścieżki w parku. Był tragarzem na rynku warzywnym, cieślą na kutrze łososiowym, zbierał kwiaty na plantacji żonkili. „Zrywałem te żółte kwiatki od świtu do zmierzchu, a po każdym dniu nie mogłem  wyprostować pleców. To była najpodlejsza robota.”  Natomiast najcięższym, ale i najbardziej  dochodowym zajęciem była praca w kopalni boksytu w Australii. „Byłem tam pomocnikiem spawacza, ale też czyściłem kotły po żrącym ługu. To był koszmar.  Myślałem, że stracę skórę”.

Zarobione pieniądze pozwalały na kontynuowanie rejsu.  W 1984 roku dotarł do Francji. Tam w Le Havre na prawie siedem lat zostawił „Marię”, a sam  jako załogant  popłynął  z Wojtkiem Jacobsonem i Januszem Kurbielem  na jego jachcie „Vagabond II”.

Kurbiel tę wyprawę przygotował. Rejs trwał z przerwami cztery lata. Załoga się zmieniała. Ale Ludek i Jacobson byli na jachcie cały czas.  Pokonali trasę z Pacyfiku na Atlantyk wzdłuż północnych wybrzeży Ameryki Północnej.  Byli pierwszymi Polakami, którzy tego dokonali.

Po tym rejsie Mączka kilka lat spędził w Kanadzie znowu pracując, tym razem  na remont „Marii”. Ten kraj stał się jego drugą ojczyzną, otrzymał kanadyjskie obywatelstwo.

Dopiero w 1991 roku przyprowadził jacht do Polski, kończąc tym samym 11-letni rejs. Trasa wielkiego rejsu wiodła przez Wyspy Kanaryjskie na Karaiby, do Wenezueli, Peru, Panamy, potem był Pacyfik i wyspy Oceanii, Australia, Nowa Zelandia, Wielka Rafa Koralowa, Ocean Indyjski, Afryka Południowa i znowu Australia, Ameryka Południowa, Karaiby, Europa.

Wówczas był to najdłuższy rejs w historii polskiego żeglarstwa. Po tym rejsie Ludek miał w paszporcie dwie metrowej długości wkładki z wizami kilkudziesięciu państw. A  w tymczasowym dokumencie  tożsamości, wydanym we Francji, w rubryce zawód, Francuzi napisali: visiteur, co znaczy podróżujący, zwiedzający.

W osiem lat później wypłynął w kolejną wokółziemską wyprawę. Miał już wówczas 73 lata.  Był to rejs szlakiem Magellana i nazywał się „Victoria 2000”. Wymyślił go czeski żeglarz Ruda Krautschneider.

Niestety, tego rejsu Ludek nie dokończył. W Nowej Zelandii  oddał stery  żeglarzowi Maciejowi Krzeptowskiemu.  „Powierzyłem „Marię”  Maćkowi, bo wiedziałem, że mi łódki nie zmarnuje”.  Ten drugi rejs „Marią” wokół globu trwał cztery lata. Jacht przepłynął  40 tysięcy mil morskich, odwiedził kilkadziesiąt portów w 19 krajach. Maciej Krzeptowski napisał o nim książkę „Marią” dookoła świata. 20 lat później”. To ciekawa, barwna opowieść.

Z Nowej Zelandii Ludek poleciał do Kanady na leczenie. Przeszedł kilka operacji.

Wojciech Jacobson: – W Kanadzie bardzo serdecznie zaopiekowali się nim Anka Warchałowska i Bolek Korneluk.  Bolek traktował Ludka jak ojca.

Bolek Korneluk: – Poznaliśmy się z Ludkiem w latach 80. na balu żeglarzy w Chicago. Ludek był honorowym gościem. Siedzieliśmy przy jednym stole i przegadaliśmy cały wieczór.  Ludek we Wrocławiu studiował, a ja  z Wrocławia pochodzę. I jak wielu Polaków w tamtych latach wyjechałem z Polski, by szukać lepszego życia. Ludek wspominał studia, pracę w Mongolii, Afryce, swoje rejsy. Przez jakiś czas zamieszkaliśmy razem w Chicago. Czasem razem pracowaliśmy. Ludek bardzo dużo czytał. Był molem książkowym.

Któregoś razu zaproponował abyśmy razem polecieli do Francji, gdzie w Le Havre stała „Maria”.  W 1991 roku po raz pierwszy zobaczyłem ten jacht. Stał tam kilka lat i był w stanie opłakanym. Wymagał solidnego remontu.   Po zakończeniu prac w tym samym roku, w sierpniu przypłynęliśmy do Szczecina. Ludek został w Polsce, a ja wróciłem do Kanady.  W Kanadzie  coraz częściej     był też Ludek, miał kanadyjskie obywatelstwo. Mieszkał u mnie i Anki Warchałowskiej. Rewelacyjnie gotował. Jego specjalnością były ośmiornice i smalec.  Gdy w Szczecinie narodził się pomysł o żeglarskiej wyprawie szlakiem Magellana, Ludek postanowił popłynąć, zwłaszcza, że organizował to jego przyjaciel Ruda Krautschneider. I w 1999 roku  ze Szczecina wypłynął „Marią”. To przed tym rejsem Ludek w testamencie zapisał mi „Marię”. Ja miałem wtedy swój jacht „Patrycję”. Powiedział tak: „Wierzę, że dobrze się nią zaopiekujesz. Masz już dwie kobiety, Ankę i „Patrycję”, więc dasz radę z trzecią”. Wiemy, że nie dokończył tego rejsu. Źle się czuł i  w grudniu 2000 roku, z Nowej Zelandii przyleciał do Kanady, gdzie przeszedł kilka operacji kręgosłupa. 

W 2003 roku był w Polsce. W ostatnim dniu sierpnia na przystani Jacht Klubu AZS w Szczecinie witał „Marię”, która  powróciła z 4-letniego wokółziemskiego rejsu. Była pierwszym polskim jachtem, który dwukrotnie opłynął świat.  Ludek osobiście odebrał cumy od Macieja Krzeptowskiego, który przez trzy lata dowodził „Marią”.   A ten powitał Ludka herbatą yerba mate, winem i czosnkiem. Kapitan Krzeptowski przyznał, że nie sztormy i oceaniczne burze były najtrudniejsze, a brzemię odpowiedzialności, by nie sprawić zawodu przyjacielowi. – Miłe było to, że w wielu portach  byliśmy rozpoznawani,  serdecznie witani i podejmowani. Okazuje się, że żeglarska brać na świecie  doskonale zna „Marię” i jej właściciela.

A Ludek szczęśliwy, że znowu widzi swoją „Marię” i to w dobrej kondycji, powiedział: „Mam nadzieję, że moja choroba rozejdzie się po kościach i znowu gdzieś popłynę”. Nie rozeszła się. Ludomir Mączka, 30 stycznia 2006 roku odszedł w Szczecinie na wieczną wachtę. Urna z jego prochami spoczęła  na szczecińskim Cmentarzu Centralnym

Wojciech Jacobson: – Ludek marzył o naszym wspólnym, dalekim  rejsie. Niestety, te marzenia skorygowało życie. Ale ostatni, wspólny rejs mieliśmy. W 2005 roku jachtem „Amigo” popłynęliśmy na jezioro Dąbie.

W jednym z wywiadów Ludomir Mączka powiedział: „Nie ma się czego obawiać. Starzy żeglarze nie umierają, tylko przesiadają się do małej, sosnowej dinghy”.

„Maria” stała się jednym z najsłynniejszych polskich jachtów oceanicznych. Ale nie była jednym, na którym Ludek  pływał. Okazuje się, że odbył rejsy na 52 najróżniejszych jachtach. Ich nazwy i daty można znaleźć w ciekawej bardzo bogato ilustrowanej książce Jana Zamorskiego „Marią” przez  życie”.

Swojej  barwnej, morskiej włóczęgi Ludomir Mączka  nigdy nie opisał. Zawsze powtarzał, że inni robią to lepiej.  O nim, „Marii” i rejsach powstały setki artykułów drukowanych w prasie krajowej i zagranicznej. Powstały audycje radiowe i dokumentalne filmy (jeden z ciekawszych zrobiła Helena Borlik-Salcewicz „Nie obawiaj się być szczęśliwym”). O słynnym żeglarzu i jego kultowym jachcie napisano siedem książek.

1.   „Marią” do Peru” – Wojciech Jacobson (1976)
2.   „Marią” przez Pacyfik” – Antoni J. Pisz (1982)
3.   „Marią” do Polski” – Anna Rybczyńska i David Welsh (1995)
4.   „Ludojad” – Ruda Krautschneider (2002)
5.   „Marią” dookoła świata. 20 lat później” – Maciej Krzeptowski (2005)
6.   „Mam na imię Ludomir” – Maciej Krzeptowski i Wojciech Jacobson (2008)
7.   Z „Marią” przez życie” – Jan W. Zamorski (2010)

W maju, 2006 roku na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie została otwarta wystawa „Ludomir Mączka – żeglarz świata”. Przygotowali ją jego dwaj najbliżsi przyjaciele i towarzysze żeglarskich wypraw:  Wojciech Jacobson i Maciej Krzeptowski. Na wystawie zaprezentowali ponad 80 zdjęć i wiele pamiątek. Ta ekspozycja stała się inspiracją do wspólnego napisania książki „Mam na imię Ludomir”.

Od  2007 roku,  na terenie jacht Klubu AZS w Szczecinie uroczyście odsłonięto kamień-pomnik poświęcony słynnemu żeglarzowi Ludomirowi Mączce. Na prawie dwumetrowym, ważącym osiem ton kamieniu  widnieje napis: „Pamięci Ludomira Mączki, żeglarza i geologa, który stąd wyruszał w świat. Koledzy i przyjaciele”. Obok stoi tablica z życiorysem żeglarza.

KRYSTYNA POHL

Zdjęcia: Wojciech Jacobson, Maciej Krzeptowski, Jerzy Boehm, Janusz Charkiewicz, archiwum

„MARIA” to mahoniowy kecz turystyczny. Zaprojektował go Wacław Liskiewicz na wzór jednostek norweskiego konstruktora Colina Archera z końca XIX wieku.  Jacht zbudował w Gdańsku w ciągu trzech lat  kpt. Jerzy Mańkowski.

Dł. kadłuba 9,8 m
Dł. całkowita 11,2 m
Szer. 3,2 m
Typ osprzętu kecz
Pow. żagli 46 m kw.
4 koje
Silnik Volvo Penta
Rok budowy 1971

Jacht jest w Szczecinie. W hangarze na terenie Campingu Marina PTTK przechodzi remont.

Z KILWATERU DARU SZCZECINA  odc. VIII

Na wcześniejszych kartach naszego portalu, w dziale Historia, opublikowaliśmy dotąd siedem materiałów z cyklu zatytułowanego Z kilwateru Daru Szczecina, przypominających o świetnej 43-letniej historii (lata 1969 – 2012) tego wyjątkowego jachtu, któremu w bieżącym roku prezydent Miasta Szczecin nadał honorowy tytuł Ambasadora Szczecina. Ponieważ kończy się rok 2013, a za jachtem kolejny rok kampanii morskiej, o relację z jej przebiegu poprosiliśmy dowódcę jachtu.

Rejsów było kilka, kpt. Jerzy Szwoch ograniczył się jedynie do niżej zamieszczonej, zwięzłej relacji z przebiegu tegorocznych bałtyckich The Tall Ships Races.

s/y „DAR SZCZECINA” 2013

 

W minionym sezonie nawigacyjnym, najważniejszym rejsem jachtu Dar Szczecina było wzięcie udziału w The Tall Ships Races 2013, który jest „spadkobiercą” największego zlotu żaglowców, zwanego dawniej Operacją Żagiel.

Załogi stanowiła młodzież wybrana do Żeglarskiej Reprezentacji Miasta Szczecina. Łącznie były dwie załogi. Trzy osoby tworzyły załogę stałą, która się nie wymieniała. Łącznie w Zlocie wymieniło się 18 osób.

W kierunku Aarhus jacht wypłynął ze Szczecina 29.06.2013. Po drodze odwiedziliśmy do Kopenhagę, gdzie spotkaliśmy jachty Zrywa i Urticę. Są to jachty z naszej przystani czyli Centrum Żeglarskiego. One również będą brały udział w TTSR 2013.

Następnym portem odwiedzonym był szwedzki Helsinborg. 3 lipca osiągnęliśmy Aarhus. Jest to pierwszy port w ramach TTSR-u. Po przejściu rejestracji, przeglądów technicznych i odpraw, mogliśmy wziąć udział w regatach. Aby było bliżej do startu, zacumowaliśmy na noc w porcie Rodwig.

Do pierwszego wyścigu na trasie Aarhus – Helsinki wystartowaliśmy 09 lipca o godzinie 1145. Meta była w okolicach Tallina. Osiągnęliśmy ją 14.07 o godzinie 0137 i 57 sekund. (1110 Mm). Na trasie był w zasadzie cały przekrój pogodowy. Od ciszy po wiatry sztormowe. Odwiedziliśmy Tallin i następnego dnia zrobiliśmy „skok” przez Zatokę Fińską” do Helsinek.

Drugi port „tallshipowy”.  Z Helsinek do Rygi  był to rejs towarzyski. Po drodze zacumowaliśmy prawie w skałach w porciku o nazwie Vaesterudden w towarzystwie naszych jachtów klubowych oraz dwóch zaprzyjaźnionych załóg z Estonii. Kolejny port na trasie do Rygi to znowu Tallin. Tam wymieniliśmy załogę i prawie od razu popłynęliśmy do Rygi aby tam zacumować 24.07 o godzinie 2317.

28.07 ruszyliśmy w kierunku linii startu. Mając czas po drodze zdecydowaliśmy się jeszcze wstąpić do Venspils.  Stamtąd około 5 Mm do miejsca startu. Po 12 godzinach wystartowaliśmy do drugiego wyścigu. Na trasie podobne warunki pogodowe jak w I wyścigu. Pod koniec, przed metą modliliśmy się , żeby nam wiatru nie zabrakło bo zaczął „siadać„.  01.08 o godzinie 0733 i 10’’ minęliśmy metę.  W Szczecinie, po podsumowaniu wyników uplasowaliśmy się na I miejscu w klasie C.

Początek rejsu  29.06.2013   Szczecin

Zakończenie  06.08.2013      Szczecin

Łącznie przepłynięto  1995 Mm.

kpt. JERZY SZWOCH

Kapitańska relacja ogranicza się w istocie do podania kalendarium i trasy regat. O tym, że wywalczenie nie tylko I miejsca w klasie C, ale również uplasowanie na pierwszej pozycji w klasyfikacji obejmującej blisko sto jednostek uczestniczących w tym prestiżowym międzynarodowym wydarzeniu żeglarskim, nie było łatwe, znacznie więcej można się dowiedzieć, korzystając z poniższych linków, z relacji kpt. Wojciecha Maleika, pełniącego w regatach funkcję zastępcy kapitana jachtu. Dodajmy również, że kpt. Jerzy Szwoch, który przecież po raz kolejny stanął na podium zwycięzców tych regat, przez ich organizatorów był w tym roku nominowany do prestiżowej nagrody The Sail Training International Annual Award 2013.

Zygmunt Kowalski

http://www.rejsuj.pl/aktualnosci/1282/relacja_z_pierwszego_etapu_regat_the_tall_ships_races_z_pokladu_daru_szczecina/

http://www.rejsuj.pl/aktualnosci/1283/relacja_z_pokladu_daru_szczecina_z_drugiego_etapu_the_tall_ships_races_2013/